Przekleństwem bycia etatową matką jest nieustające pytanie: a czym zajmuje się twój mąż. No bo niby o co takiego dziecioroba zapytać, kiedy jej cały świat to piaskownica, pieluchy, pranie, prasowanie i domu pielęgnowanie. Nie zarabia to, a jak już nawet, to pewnie jej ledwo na waciki starcza. Zainteresowań zapewne nie ma – wiadomo, dzieci, ale faceta fajnego złapała. Ciekawe, co robi?
Niestety dla niektórych status zawodowy męża, jego osobowość, jest wyznacznikiem, czy warto z taką matką rozmawiać, czy nie. Straszne? A może być jeszcze gorzej, kiedy sam mąż zapomina, że zamiast idealnej żony ze Stepford, stojącej w cieniu blasku męża i będącej jego ozdobą ma partnerkę życiową. Że zamiast darmowej pomocy domowej i oddanej niani mieszka z nim kobieta, które ma swoje potrzeby, ambicje i marzenia.
Ja zarabiam, ja tu rządzę. Zobacz kochanie, jakim jestem dobrym mężem, oddaję ci całą pensję. No grzeczna dziewczynka, jak ładnie domem zarządza. Moja żona to wysportowana musi być, radosna, aktywna, bo przecież w dużej mierze od tego zależy moje samopoczucie, mnie mężczyzny idealnego. Nie, nie mogę się dziś zająć dziećmi, zmęczony jestem, zrozum, do trzeciej w nocy układałem pasjansa, przecież muszę jakoś odreagować. Poradzisz sobie? no, zuch kobieta!
Żona Swojego Męża nie okazuje słabości, bo męża to zasmuca i niepokoi. Nie prosi o pomoc, bo mąż jest zajęty. Wyspana i pachnąca wpierw usypia syna, potem układa do snu ukochanego męża. Jest wykształcona, bo wstyd mieć nieuka przy boku. Aktywna – ukończyła wiele kursów – mile widziany masaż, szkoła kosmetyczna czy pół roku na dekoracji wnętrz. No i koniecznie jakieś hobby, byle twórcze. Musi się mieć czym zająć, kiedy idealny mąż zamienia się w okienko mailowe.
16 lipca 2010
15 lipca 2010
Fetysz
Są takie sytuacji w życiu rodziców, gdy krew tężeje, ręce drżą, pot perlisty wilży czoła, ale mimo że nerwy mają napięte do granic możliwości, są w stanie pójść choćby na koniec świata, skoczyć w ogień, czy w najgłębsze czeluści. I nie jest to tylko strach o zdrowie i życie potomstwa. Bezcenne są również „niuniusie” dzieci. Powiedzmy szczerze – rodzicami często rządzą rzeczy najmłodszych.
Nie ważne czy będzie to ukochany króliczek, po którego trzeba się wracać trzydzieści kilometrów z sercem na ramieniu gryząc się czy jest nadal tam, gdzie był widziany po raz ostatni, czy bezcenny samochodzik, który, o zgrozo zakleszczył się gdzieś w czeluściach rodzinnego auta, pędzącego po autostradzie albo smoczek – wszystkie te przedmioty są najważniejsze na świecie dla najmłodszych i ich zniknięcie równa się absolutnej katastrofie. Dlatego co bardziej przemyślne mamy inwestują w dublety ulubionych zabawek. Ba, Miejska Mama zna przypadki, kiedy zdesperowani rodzice jeździli po całym mieście szukając kopi chomika, który zdechł.
Miejska Mama też już wie, jak rzeczy rządzą światem. Młody zafundował jej tę bezcenne doświadczenie kiedy ukochana zielona łopatka zniknęła w czeluściach ulicznej studzienki kanalizacyjnej. Młody, wiedziony dziecięcą ciekawością sam ja tam wrzucił. Zawód w oczach dziecka, które oczekiwało że mama odzyska łopatkę boli Miejską Mamę po dziś dzień.
Nie ważne czy będzie to ukochany króliczek, po którego trzeba się wracać trzydzieści kilometrów z sercem na ramieniu gryząc się czy jest nadal tam, gdzie był widziany po raz ostatni, czy bezcenny samochodzik, który, o zgrozo zakleszczył się gdzieś w czeluściach rodzinnego auta, pędzącego po autostradzie albo smoczek – wszystkie te przedmioty są najważniejsze na świecie dla najmłodszych i ich zniknięcie równa się absolutnej katastrofie. Dlatego co bardziej przemyślne mamy inwestują w dublety ulubionych zabawek. Ba, Miejska Mama zna przypadki, kiedy zdesperowani rodzice jeździli po całym mieście szukając kopi chomika, który zdechł.
Miejska Mama też już wie, jak rzeczy rządzą światem. Młody zafundował jej tę bezcenne doświadczenie kiedy ukochana zielona łopatka zniknęła w czeluściach ulicznej studzienki kanalizacyjnej. Młody, wiedziony dziecięcą ciekawością sam ja tam wrzucił. Zawód w oczach dziecka, które oczekiwało że mama odzyska łopatkę boli Miejską Mamę po dziś dzień.
11 lipca 2010
Postulat urzędowy
Rodzice etatowi mają to nieszczęście, że siedzą w domu, a w związku z tym, logicznie muszą wziąć na siebie większość spraw do załatwienia, od zakupów zaczynając po urzędy kończąc. I właśnie te ostatnie są prawdziwym wyzwaniem dla rodziców pociech w wieku przed przedszkolnym. Bo jak tu takiemu wytłumaczyć, że trzeba wystać swoje w strasznie nudnej kolejce, tylko po to, żeby jakaś znudzona pani postawiła pieczątkę i wykonała mistrzostwo grafologiczne w postaci nieczytelnego podpisu. Niemowlęta wściekają się w wózkach bo duszno, półroczniaki chcą wszystkiego dotykać i smakować, a dzieciaki od roku w górę chodzą na rzęsach na zmianę zalewając się łzami. Załatwienie jakichkolwiek opłat, pozwoleń, odwołań, meldunków i innych urzędowych spraw to prawdziwy koszmar. A niestety z nianią czy przychylną babcią ostatnio różnie bywa.
Dlatego Miejska Mama apeluje – niech w każdym urzędzie będzie kącik dla dziecka, gdzie przyszłe panie urzędniczki i panowie urzędnicy w ramach stażu odpracują choć dwa tygodnie. Niech na własnej skórze przekonają się, jak trudno poradzić sobie z takim berbeciem. Matki szybko załatwią swoje sprawy a przyszli biurokraci może dwa razy pomyślą, zanim karcącym okiem będą spoglądać na interesantów z wózkami. Inną możliwością jest wprowadzenie jednego, wystarczy, okienka dla „trudnych” klientów. Oprócz rodziców z takiego rozwiązania z pewnością ucieszą się kobiety w ciąży i inwalidzi.
Dlatego Miejska Mama apeluje – niech w każdym urzędzie będzie kącik dla dziecka, gdzie przyszłe panie urzędniczki i panowie urzędnicy w ramach stażu odpracują choć dwa tygodnie. Niech na własnej skórze przekonają się, jak trudno poradzić sobie z takim berbeciem. Matki szybko załatwią swoje sprawy a przyszli biurokraci może dwa razy pomyślą, zanim karcącym okiem będą spoglądać na interesantów z wózkami. Inną możliwością jest wprowadzenie jednego, wystarczy, okienka dla „trudnych” klientów. Oprócz rodziców z takiego rozwiązania z pewnością ucieszą się kobiety w ciąży i inwalidzi.
10 lipca 2010
Podróże kształcą
Miejska Mama przeprasza za dłuższą absencję, ale działo się, działo. Jako gorąca propagatorka podróżowania z dziećmi, wsiadła ostatnio z rodziną do pociągu nie byle jakiego, a dokładnie relacji Warszawa-Berlin, żeby w stolicy niegdysiejszego mocarstwa spędzić kilka dni. Berlin miejsce cudne, również dla rodziców z dziećmi, bo wózkiem niemal wszędzie da się podjechać (chyba że windy komunikacyjne nie działają), parków mają co niemiara, a i placów zabaw, choć do polskich im daleko, nie zabraknie. A na upał – boskie fontanny – Młody żadnej nie przepuścił.
Ale żeby do stolicy Niemiec dojechać, swoje trzeba przejść, a w zasadzie – przenosić. Bo kolejowa infrastruktura wózkowa w Polsce woła o pomstę do nieba.
Zabawa zaczyna się na dworcu Warszawa Centralna, gdzie z wózkiem dojechać nie łatwo. Zamiast wind – ruchome schody. Nie mówiąc już o przejściach podziemnych, które w udogodnienia dla pojazdów kołowych nie zostały wyposażone. Wsiąść do pociągu można, owszem, ale pod warunkiem, że ma się męża pod bokiem albo usłużnego współpasażera o barach jak Pudzian. Zwózkowane matki muszą bowiem pokonać nie tylko przepaść bezgraniczną miedzy peronem a pociągiem i strome schodki, to jeszcze brodą chyba, powinny powstrzymywać sobie drzwi w przejściu do głębi wagonu, albo przepychać je dzieckiem. I co najważniejsze – jak pociągiem to tylko z wózkiem typu parasolka, bo innych nie da rady wepchnąć do wagonu.
Pomieszczenia dla matki z dzieckiem w pociągu nie ma. Widocznie dziecioroby same sobie mają radzić, przewijając zakupkane pupy w przedziale, doprowadzając do torsji jedzących jajka na twardo współpasażerów. O kącie do zabaw z dziećmi tylko marzyć można. A wystarczyłoby np. W Warsie wstawić kojec z piłkami, stoliczek z papierem i rodzice z chęcią przesiedzieliby tam całą podróż, nabijając przy okazji warsową kasę. Ale jakoś na to nikt jeszcze nie wpadł. A co do możliwości podgrzania jedzenia dla dzieci, to wszystko zależy od uroku własnego i humoru kolejowej bufetowej.
Mimo tych wszystkich utrudnień Miejska Mama wraz z Młodym z podróży po szynach nie zrezygnuje. Z pociągu świat wygląda inaczej i zawsze można liczyć na jakieś przygody. A brak udogodnień można rozwiązać poszukiwaniem tymczasowo wolnego przedziału dla dziecka i używaniem korytarzy jako wybiegu dla nieletnich. Trudno, z pewnością nie wszyscy pasażerowie będą szczęśliwi, kiedy niespełna metr od ziemi mała paszczęka rozklei się na drzwiach i zastuka piąstką do każdego przedziału, ale chyba lepsze to od mordęgi kilkugodzinnego wycia.
Ale żeby nie było tylko na polskie koleje, to jeszcze słów kilka o podróżowaniu samolotem, a dokładniej – o lotniskach. Młody, maniak samolotowy, wybrał się z rodzicami na spacer na świeżo remontowane lotnisko, dumnie noszące nazwę jednego z polskich kompozytorów. No ładnie jest, dużo szkła, wygodne krzesełka, automatyczna odprawa, restauracje jakich tylko dusza zapragnie, czyściutkie toalety i...jeden, jedyny, na całe dwa terminale pokój dla rodziców z dziećmi... W dodatku tak sprytnie ukryty, że tylko nieliczni pracownicy wiedzą, dokąd kierować podróżnych. Może to i lepiej, bo chwalić nie ma się zbytnio czym.
Ale żeby do stolicy Niemiec dojechać, swoje trzeba przejść, a w zasadzie – przenosić. Bo kolejowa infrastruktura wózkowa w Polsce woła o pomstę do nieba.
Zabawa zaczyna się na dworcu Warszawa Centralna, gdzie z wózkiem dojechać nie łatwo. Zamiast wind – ruchome schody. Nie mówiąc już o przejściach podziemnych, które w udogodnienia dla pojazdów kołowych nie zostały wyposażone. Wsiąść do pociągu można, owszem, ale pod warunkiem, że ma się męża pod bokiem albo usłużnego współpasażera o barach jak Pudzian. Zwózkowane matki muszą bowiem pokonać nie tylko przepaść bezgraniczną miedzy peronem a pociągiem i strome schodki, to jeszcze brodą chyba, powinny powstrzymywać sobie drzwi w przejściu do głębi wagonu, albo przepychać je dzieckiem. I co najważniejsze – jak pociągiem to tylko z wózkiem typu parasolka, bo innych nie da rady wepchnąć do wagonu.
Pomieszczenia dla matki z dzieckiem w pociągu nie ma. Widocznie dziecioroby same sobie mają radzić, przewijając zakupkane pupy w przedziale, doprowadzając do torsji jedzących jajka na twardo współpasażerów. O kącie do zabaw z dziećmi tylko marzyć można. A wystarczyłoby np. W Warsie wstawić kojec z piłkami, stoliczek z papierem i rodzice z chęcią przesiedzieliby tam całą podróż, nabijając przy okazji warsową kasę. Ale jakoś na to nikt jeszcze nie wpadł. A co do możliwości podgrzania jedzenia dla dzieci, to wszystko zależy od uroku własnego i humoru kolejowej bufetowej.
Mimo tych wszystkich utrudnień Miejska Mama wraz z Młodym z podróży po szynach nie zrezygnuje. Z pociągu świat wygląda inaczej i zawsze można liczyć na jakieś przygody. A brak udogodnień można rozwiązać poszukiwaniem tymczasowo wolnego przedziału dla dziecka i używaniem korytarzy jako wybiegu dla nieletnich. Trudno, z pewnością nie wszyscy pasażerowie będą szczęśliwi, kiedy niespełna metr od ziemi mała paszczęka rozklei się na drzwiach i zastuka piąstką do każdego przedziału, ale chyba lepsze to od mordęgi kilkugodzinnego wycia.
Ale żeby nie było tylko na polskie koleje, to jeszcze słów kilka o podróżowaniu samolotem, a dokładniej – o lotniskach. Młody, maniak samolotowy, wybrał się z rodzicami na spacer na świeżo remontowane lotnisko, dumnie noszące nazwę jednego z polskich kompozytorów. No ładnie jest, dużo szkła, wygodne krzesełka, automatyczna odprawa, restauracje jakich tylko dusza zapragnie, czyściutkie toalety i...jeden, jedyny, na całe dwa terminale pokój dla rodziców z dziećmi... W dodatku tak sprytnie ukryty, że tylko nieliczni pracownicy wiedzą, dokąd kierować podróżnych. Może to i lepiej, bo chwalić nie ma się zbytnio czym.
28 czerwca 2010
Mała rzecz a cieszy
Miejska Mama ma marzenie – wybyczyć się w weekend. Obudzić się, kiedy przyjdzie na to pora, leniwie przeciągnąć się w łóżku obok Idealnego Taty, ciągnąć losy kto robi tym razem śniadanie, a potem bezwstydnie skonsumować je w pościeli. Że fuj? Niehigienicznie? Trudno, raz się żyje. Żadnego walenia samochodzikiem w twarz o szóstej, oślizgłych pocałunków dziecięcych usteczek z ząbkami włącznie, rozkosznych stópek w okolicach szyi, zalanego łóżka, bo pielucha za późno została zmieniona. Żadnych kompromisów w stylu: dobra, dziś ty do niego wstajesz, ja jeszcze chwilę odeśpię. A godziny przed dziesiątą rano mogą nie istnieć wcale.
Potem długi, relaksacyjny prysznic, bez łomotania w drzwi, wyciągania zasłonki i ładowania bielizny, szczoteczki do zębów, pasty do butów i innych podręcznych rzeczy do wanny.
Cisza. Zen. Leniwy spacer po mieście, żadnego sprintu za dzieckiem, które właśnie zamierza przekroczyć dwupasmową ulicę na czerwonym świetle. W przerwie relaksacyjna kawa, potem obiad i napoje wyskokowe, bez elementu wklepującego groszek w obrus i sprawdzającego, jaką zawartość mają talerze innych gastronomicznych gości.
I najważniejsze – sen o każdej porze dnia, kiedy tylko przyjdzie na to ochota. Bez głuchych odgłosów rozbijanej o podłogę głowy, wątpliwej przyjemności zapaszków dziecięcych pieluch, i nieustannego maaaaammaaaa, maaammmaaaa, mammmmaaa?! Bez wyrzutów sumienia, że ciocia, babcia, przyjaciółka właśnie w ciszy złorzeczą na podrzucone im dziecko.
Fajnie sobie tak pomarzyć na koniec weekendu kiedy przed Miejską Mamą cały długi tydzień. Ale bez rozczulania się – kilka najbliższych lat minie a potem pierwsze upragnione wakacje! I bye bye drogie potomstwo. Czas na letnią przygodę z dala od maminej spódnicy.
Potem długi, relaksacyjny prysznic, bez łomotania w drzwi, wyciągania zasłonki i ładowania bielizny, szczoteczki do zębów, pasty do butów i innych podręcznych rzeczy do wanny.
Cisza. Zen. Leniwy spacer po mieście, żadnego sprintu za dzieckiem, które właśnie zamierza przekroczyć dwupasmową ulicę na czerwonym świetle. W przerwie relaksacyjna kawa, potem obiad i napoje wyskokowe, bez elementu wklepującego groszek w obrus i sprawdzającego, jaką zawartość mają talerze innych gastronomicznych gości.
I najważniejsze – sen o każdej porze dnia, kiedy tylko przyjdzie na to ochota. Bez głuchych odgłosów rozbijanej o podłogę głowy, wątpliwej przyjemności zapaszków dziecięcych pieluch, i nieustannego maaaaammaaaa, maaammmaaaa, mammmmaaa?! Bez wyrzutów sumienia, że ciocia, babcia, przyjaciółka właśnie w ciszy złorzeczą na podrzucone im dziecko.
Fajnie sobie tak pomarzyć na koniec weekendu kiedy przed Miejską Mamą cały długi tydzień. Ale bez rozczulania się – kilka najbliższych lat minie a potem pierwsze upragnione wakacje! I bye bye drogie potomstwo. Czas na letnią przygodę z dala od maminej spódnicy.
22 czerwca 2010
Kto bez winy....
Jednym z najczęściej popełnianych przez rodziców błędem jest ocenianie innych rodziców, nawet tych, których widzi się przez ułamek sekundy. Mamy i ojcowie wymieniają porozumiewawcze spojrzenia, kiedy jakiś inny nieszczęsny rodzic wynosi wrzeszczącego i wijącego się bachora z restauracji, sklepu, przedszkola – wiadomo, nie radzi sobie z dzieckiem. Rodzice, w cieniu parkowych drzew i piaskownicowych ławek po cichu omawiają niedomyte buzie, niechlujne ubranka, niemarkowe sprzęty, czy przeciwnie, nadmierne wydatki, świadczące oczywiście o złym guście i barku umiejętności wychowawczych rodziców obserwowanych dzieci.
Najlepsze są wizyty u znajomych, których potomstwo nie potrafi się zachować, je jak prosiaki, krzyczy, pozwala się im na rzeczy, jakich my, rozsądni rodzice, albo bardzo rozsądni przyszli rodzice, nigdy, przenigdy byśmy nie pozwolili. Boże! Jakie ci ludzie stosują metody?! Widziałeś? Popatrz tylko... Przecież wszyscy wiedzą, czytali, oglądali, jak porządne dzieci wychowywać trzeba. Partnerstwo i zasady, rozwój intelektualno-kulturalny i dzień według rozpiski, co by można się realizować mimo gaworzącego obok dziecka.
Miejska Mama też taka była, a jakże. I też się naczytała jak wychowywać. Co więcej, ucząc się na doświadczeniach innych, wiedziała na co sobie na pewno nie pozwoli, i że ci rodzice tacy nieudolni, że takie karygodne błędy robią. I tak gderała i wymądrzała się aż tu – plum! I pojawił się Młody.
Dziś, z ponad rocznym synem u boku Miejska Mama łowi te karcące spojrzenia, słyszy konspiracyjne krytykujące szepty i śmieje się szeroko. Bo po pierwsze, trudno jest idealnie wychować dziecko bez popełniania błędów. A po drugie – nawet idealni rodzice czasami są pokonani przez nieidealne dziecko, na które przecież musi być jakaś metoda.
Najlepsze są wizyty u znajomych, których potomstwo nie potrafi się zachować, je jak prosiaki, krzyczy, pozwala się im na rzeczy, jakich my, rozsądni rodzice, albo bardzo rozsądni przyszli rodzice, nigdy, przenigdy byśmy nie pozwolili. Boże! Jakie ci ludzie stosują metody?! Widziałeś? Popatrz tylko... Przecież wszyscy wiedzą, czytali, oglądali, jak porządne dzieci wychowywać trzeba. Partnerstwo i zasady, rozwój intelektualno-kulturalny i dzień według rozpiski, co by można się realizować mimo gaworzącego obok dziecka.
Miejska Mama też taka była, a jakże. I też się naczytała jak wychowywać. Co więcej, ucząc się na doświadczeniach innych, wiedziała na co sobie na pewno nie pozwoli, i że ci rodzice tacy nieudolni, że takie karygodne błędy robią. I tak gderała i wymądrzała się aż tu – plum! I pojawił się Młody.
Dziś, z ponad rocznym synem u boku Miejska Mama łowi te karcące spojrzenia, słyszy konspiracyjne krytykujące szepty i śmieje się szeroko. Bo po pierwsze, trudno jest idealnie wychować dziecko bez popełniania błędów. A po drugie – nawet idealni rodzice czasami są pokonani przez nieidealne dziecko, na które przecież musi być jakaś metoda.
21 czerwca 2010
Kurs na samobójcę
Dzieci w pakiecie startowym mają nieśmiertelność – coś jest w tym stwierdzeniu, bo chyba żaden dorosły człowiek nie byłby w stanie przeżyć tak licznych zranień i stłuczeń, jakie serwuje dzień w dzień swojej matce niemal każdy osesek. Młody nie jest tu wyjątkiem. Salto na łeb, na szyję z krzesła kuchennego na podłogę, skok z biurka, rajd po schodach głową w dół – to tylko mała próbka z jego samobójczego dossier. W każdym razie ten nieśmiertelny pakiet kończy się gdzieś w granicach osiągnięcia pełnoletności, o czym większość dorosłych mężczyzn jakoś nie chce pamiętać, więc po fakcie chodzą i użalają się, że boli, ale o tym kiedy indziej.
Ojcowie, pewni niezniszczalności swoich dzieci, a zwłaszcza synów, pozwalają im na rzeczy głupie i niebezpieczne, żeby nie powiedzieć wręcz – durne i prowadzące do kalectwa. Ale tatuś jest fajny, bo pozwala zjeżdżać ze zjeżdżalni głową w dół, tak że dziecku szczęka wbija się w tartanową nawierzchnię. Beztroski ojciec nie wyprzedza radosnej twórczości dzieciarni, która zaciekle testuje odporność własną na zniszczenia. Biedne matki, pomijając możliwość spędzenia upojnych godzin na izbie przyjęć, po ojcowskich zabawach z dziećmi ma pełne ręce roboty i zagwozdkę – jak wytłumaczyć dzieciom, nie narażając ojcowskiego autorytetu, że tak jak przy tatusiu normalnie robić nie należy. Problem to poważny, bo często i szeroko dyskutowany na placach zabaw.
Wygląda to zwykle tak: weekendowy tatuś w wydaniu, a jakże, Idealnego Taty, spuszcza Młodego ze zjeżdżalni „na śledzia”. Młody szczęśliwie w ostatniej chwili ocala zęby. Niby to tylko mleczaki, ale zawsze byłoby szkoda. Miejska Mama interweniuje. Idealny Tata obrusza się, że żona osłabia wizerunek ojca. Stojąca obok inna mama kąśliwie stwierdza, że „ojcowie tak zawsze - pobawią się w dobrych tatusiów przez weekend, ale to nie oni później przez tydzień muszą się użerać z rozbrykanymi dziećmi”. Miejska Mama chichocze, za co Idealny Tata gromi ją wzrokiem i stwierdza, że jak ją tak to bawi, to się sama dzieckiem zajmować może. Młody rechoce, Miejska Mama usiłuje nie parskać ze śmiechu, matki się rozkręcają. Każda ma historię o genialnych pomysłach ojca jej dzieci na rozrywki rodzinne i iloma szwami o się skończyło. Jedno jest pocieszające – wszystkie dzieci przeżyły, choć na zdrowy rozum nie powinny.
Ojcowie, pewni niezniszczalności swoich dzieci, a zwłaszcza synów, pozwalają im na rzeczy głupie i niebezpieczne, żeby nie powiedzieć wręcz – durne i prowadzące do kalectwa. Ale tatuś jest fajny, bo pozwala zjeżdżać ze zjeżdżalni głową w dół, tak że dziecku szczęka wbija się w tartanową nawierzchnię. Beztroski ojciec nie wyprzedza radosnej twórczości dzieciarni, która zaciekle testuje odporność własną na zniszczenia. Biedne matki, pomijając możliwość spędzenia upojnych godzin na izbie przyjęć, po ojcowskich zabawach z dziećmi ma pełne ręce roboty i zagwozdkę – jak wytłumaczyć dzieciom, nie narażając ojcowskiego autorytetu, że tak jak przy tatusiu normalnie robić nie należy. Problem to poważny, bo często i szeroko dyskutowany na placach zabaw.
Wygląda to zwykle tak: weekendowy tatuś w wydaniu, a jakże, Idealnego Taty, spuszcza Młodego ze zjeżdżalni „na śledzia”. Młody szczęśliwie w ostatniej chwili ocala zęby. Niby to tylko mleczaki, ale zawsze byłoby szkoda. Miejska Mama interweniuje. Idealny Tata obrusza się, że żona osłabia wizerunek ojca. Stojąca obok inna mama kąśliwie stwierdza, że „ojcowie tak zawsze - pobawią się w dobrych tatusiów przez weekend, ale to nie oni później przez tydzień muszą się użerać z rozbrykanymi dziećmi”. Miejska Mama chichocze, za co Idealny Tata gromi ją wzrokiem i stwierdza, że jak ją tak to bawi, to się sama dzieckiem zajmować może. Młody rechoce, Miejska Mama usiłuje nie parskać ze śmiechu, matki się rozkręcają. Każda ma historię o genialnych pomysłach ojca jej dzieci na rozrywki rodzinne i iloma szwami o się skończyło. Jedno jest pocieszające – wszystkie dzieci przeżyły, choć na zdrowy rozum nie powinny.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
