Kobiety to często istoty niezdecydowane. Najpierw miesiącami, a czasem nawet latami, zastanawiają się czy już czas, czy to właściwy moment na dziecko, a potem, o ile mają w ogóle wybór, rozważają powrót do pracy, mnożąc za i przeciw.
Media i społeczeństwo raczej im tego nie ułatwiają, bo ta sama największa gazeta w kraju, kiedy kreuje tekst dla kobiet-matek pisze, że powinny jak najszybciej wrócić do pracy, bo przecież przede wszystkim jest człowiekiem, a jako takiemu przysługuje jej niezbywalne prawo do kariery własnej i żłobek, niania, babcia przyjazna dziecku jest; w tekście dla ojców strzela akapitami peanów jaki to wpływ na rozwój potomstwa jest pozostawianie z nim do trzeciego roku życia co najmniej i jak świetnie spełnić się jako rodzic i jakim egoizmem jest pozostawienie dzieci instytucjom publicznym czy komercyjnym.
W najbliższym otoczeniu tez nie jest łatwo. Sąsiadka z prawej do pracy wrócić musiała, bo domowe finanse się nie domykały, i teraz bidula pomstuje biegając jak kot z pęcherzem między dwoma etatami - w pracy i w domu, oba na pełen wymiar godzin. Sąsiadka z lewej zazdrości jej mimo wszystko, bo w domu została w ramach poświęcania się rodzinie i po roku niańczenia dzieci za darmo po cichu łyka prozac zapijając melisą, i marzy o wyjściu do pracy. Nie da się ukryć, kobietom - matkom trudno dziś podjąć samodzielną decyzję. Pod tym względem ich babki miały lepiej, choć nie wszystkie z tego powodu były szczęśliwe.
Miejska Mama po okresie pakowania się do pracy i histeriach co to ją nie ominie, posłusznie została kobietą udomowioną, zarzekającą się że pracować nie będzie. Co pewien czas co prawda pociągała nosem patrząc na koleżanki, które zamiast adidasów i parki wkładały na siebie szpileczki i obcisłe spódnice zostawiając zaflejony przychówek w domu na rzecz służbowych podróży, lunchów i własnej pensji z odpowiednią cyfrą na początku. Ale słowo się rzekło i to po wielotygodniowych rozważaniach, więc konsekwentnym trzeba być. Zawodowy sprzęt z notesem na czele został schowany głęboko w szufladzie, żeby przeczekał do lepszych, "odchowanych" czasów.
Ale pewnego dnia zadzwoniła praca. Nie ta dotychczasowa, ale znajoma, z polecenia. A w dodatku z tych prac "nie do odrzucenia", bo i pieniądz konkretny a i o kontynuacje nietrudno. Miejska Mama była tak spanikowana tym, że ktoś może jeszcze wierzyć w jej siły, że bez zastanowienia odpowiedziała TAK. Niestety, nie przemyślała sobie, czy jej rodzinny cień w postaci Młodego, równie entuzjastycznie podjedzie do propozycji.
Przez tydzień Miejska Mama usiłowała pogodzić kreatywną pracę z byciem matką, co skończyło się rozhisteryzowanym dzieckiem, rozhisteryzowaną matka, zirytowanym Idealnym Tatą, bałaganem w domu i stertą zaległości, zamęczoną ofiarną Siostrą i nianią. Ta ostatnia nowość okazała się być zbawieniem, które na nowo definiuje miejsce Miejskiej Mamy w domu. Bo dzięki niani Mama ma szansę chociaż wyjść na basen. A praca? Cóż, zleceniodawcy po raz kolejny się nie odezwali, nie odbierając nawet wykonanego dzieła.
18 stycznia 2010
07 stycznia 2010
Kiedy mama jest bogiem
"Mama" to brzmi dumnie i zwykle jednoznacznie się kojarzy: rozkoszne maleństwo wtulone w anielską rodzicielkę. Gdzie ona tam i ono. Matka pochyla się cierpliwie nad nieletnim, śmieje się z jego nieporadności, pomaga radzić ze światem. Młode u matczynej spódnicy. Mama-nomadka z dzieckiem na plecach, zapewniająca mu ciepło matczyne, patrz komfort psychiczny. Sądy, które przyznają opiekę nad dziećmi matce, bo ona bliższą sercu dziecięcemu jest i synek czy córeczka może łatwiej zniosą traumę po haniebnym rozwodzie ze scenami i chwytami poniżej pasa kochanych rodziców. Mama w dzień, mama w nocy, mama totalna. Rozkoszne, prawda?
Każda dziewczynka katująca swojego misia czy lakę-szmaciankę nieustannym noszeniem, tuleniem, głaskaniem, po prostu marzy i widzi się w przyszłości blisko swojego dziecka. Nieustannie.
Na szczęście to przechodzi. Większości. A zwłaszcza tym, co to na prawdę chciały być rzeczywiście blisko, bliziutko. Aż do łez. Problem w tym, że czego by nie robić, dla małego człowieka mama jest bogiem - w sensie wszystkiego. Ona karmi, przewija, kąpie, bawi się, i po prostu jest, jako jedna z nielicznych rzeczy w ciągle zmieniającym się świecie. Nie dziw, że jak się ma niecały metr to tę mamę dla porządku świata dobrze mieć cały czas przy sobie. I tu się zaczynają problemy. Bo mama oprócz bezsprzecznego bycia mamą jest tez człowiekiem, a nie kangurem. Zresztą kangurze młode nie muszą być pielęgnowane do osiemnastego roku życia, co znacznie zwiększa ich komfort rodzicielski.
Miejska Mama z kangurem jedyne co mogła mieć wspólnego to koszmarny rozmiar stóp. Ale na tym koniec. Żadnej torby do noszenia potomstwa na szczęście nie posiada. Jakież było wiec jej zdziwienie kiedy po czterech tygodniach spędzonych sam na sam z chorym synem dowiedziała się, że stała się nieodłącznym elementem jego życia. Nie było mowy o samotnym pójściu do kuchni, sypialni czy choćby toalety.
Ubi tu Caius, ibi ego Caia. Gdzie ty Gajus, tam i ja Gaja, z tym, że Miejska Mama miała już jednego męża w domu i więcej jej na razie nie potrzeba. Młody miał na to jednak inne zapatrywanie i nieustannie zaczął podążać za rodzicielką krok w krok. A najlepiej być na jej rękach, lub ciągnąć się niemrawo wczepiony łapkami, zębami,a najlepiej wszystkim w matczyne spodnie, spódnicę czy chociażby stopę. Mamamaaaaammaaaaaaamma....
Nudne, prawda? Zarazem dość osaczające. W dodatku synek po niewidzeniu mamusi przez pięć minut wdrapywał się na nią nieustannie i cmokał obśliniając całą twarz, cmok, cmok, liz.
A już zupełny dramat zaczynał się kiedy Miejska Mama zamykała za sobą drzwi wejściowe pędząc do obowiązków wymagających jej obecności poza domem, czy zmuszona nieoczekiwanymi obowiązkami zawodowymi zmuszona była zamknąć się w oddzielnym pokoju. To było straszne! Młody mając do dyspozycji Babcię czy nawet Ukochaną Ciocię darł się okrutnie przez cały czas, robiąc przerwy jedynie na oddech i nerwowe poszukiwanie matki. Godzina, dwie, pół dnia - bez różnicy. Udręczone dziecko zasypało wreszcie na rękach jeszcze bardziej udręczonego opiekuna a Miejska Mama mogła wreszcie spróbować wyciągnąć zęby z ręki na której je zacisnęła co by nie krzyknąć do dziecka (nogi też na wszelki wypadek przywiązywała sobie do krzesła, żeby ją nie poniosło do pierworodnego).
Po pierwszym takim spektaklu skończyły się marzenia o bezdzietnym wyjeździe z Idealnym Tatą na azjatycki kontynent, bo nie wiadomo komu by się większą krzywdę zrobiło - Młodemu czy Babci.
Bynajmniej nie jest tak, że Miejska Mama wyjątkowe dziwadło sobie wyhodowała. Wywiad środowiskowy wykazał, że niestety, takie przypadki zdarzają się częściej. Matki pracujące lub nie krają sobie serce na sześć, osiem części i przełykają je z gorzkimi łzami wymykając się ukradkiem do pracy przy akompaniamencie wrzasków. Z poczuciem winy wychodzą na kilka godzin na zakupy czy do kina zastając potomstwo z zapuchniętymi powiekami a opiekunów nad pustą buteleczką nervosolu, I nic z tym zrobić nie można, jak tylko przeczekać. Chociaż jest cień szansy - można spróbować jak najwcześniej przyzwyczaić ukochane maleństwo do politeizmu w postaci ojców, ciotek czy niań, jako regularnie zmieniającego się panteonu bóstw. Może czym skorupka za młodu....
Każda dziewczynka katująca swojego misia czy lakę-szmaciankę nieustannym noszeniem, tuleniem, głaskaniem, po prostu marzy i widzi się w przyszłości blisko swojego dziecka. Nieustannie.
Na szczęście to przechodzi. Większości. A zwłaszcza tym, co to na prawdę chciały być rzeczywiście blisko, bliziutko. Aż do łez. Problem w tym, że czego by nie robić, dla małego człowieka mama jest bogiem - w sensie wszystkiego. Ona karmi, przewija, kąpie, bawi się, i po prostu jest, jako jedna z nielicznych rzeczy w ciągle zmieniającym się świecie. Nie dziw, że jak się ma niecały metr to tę mamę dla porządku świata dobrze mieć cały czas przy sobie. I tu się zaczynają problemy. Bo mama oprócz bezsprzecznego bycia mamą jest tez człowiekiem, a nie kangurem. Zresztą kangurze młode nie muszą być pielęgnowane do osiemnastego roku życia, co znacznie zwiększa ich komfort rodzicielski.
Miejska Mama z kangurem jedyne co mogła mieć wspólnego to koszmarny rozmiar stóp. Ale na tym koniec. Żadnej torby do noszenia potomstwa na szczęście nie posiada. Jakież było wiec jej zdziwienie kiedy po czterech tygodniach spędzonych sam na sam z chorym synem dowiedziała się, że stała się nieodłącznym elementem jego życia. Nie było mowy o samotnym pójściu do kuchni, sypialni czy choćby toalety.
Ubi tu Caius, ibi ego Caia. Gdzie ty Gajus, tam i ja Gaja, z tym, że Miejska Mama miała już jednego męża w domu i więcej jej na razie nie potrzeba. Młody miał na to jednak inne zapatrywanie i nieustannie zaczął podążać za rodzicielką krok w krok. A najlepiej być na jej rękach, lub ciągnąć się niemrawo wczepiony łapkami, zębami,a najlepiej wszystkim w matczyne spodnie, spódnicę czy chociażby stopę. Mamamaaaaammaaaaaaamma....
Nudne, prawda? Zarazem dość osaczające. W dodatku synek po niewidzeniu mamusi przez pięć minut wdrapywał się na nią nieustannie i cmokał obśliniając całą twarz, cmok, cmok, liz.
A już zupełny dramat zaczynał się kiedy Miejska Mama zamykała za sobą drzwi wejściowe pędząc do obowiązków wymagających jej obecności poza domem, czy zmuszona nieoczekiwanymi obowiązkami zawodowymi zmuszona była zamknąć się w oddzielnym pokoju. To było straszne! Młody mając do dyspozycji Babcię czy nawet Ukochaną Ciocię darł się okrutnie przez cały czas, robiąc przerwy jedynie na oddech i nerwowe poszukiwanie matki. Godzina, dwie, pół dnia - bez różnicy. Udręczone dziecko zasypało wreszcie na rękach jeszcze bardziej udręczonego opiekuna a Miejska Mama mogła wreszcie spróbować wyciągnąć zęby z ręki na której je zacisnęła co by nie krzyknąć do dziecka (nogi też na wszelki wypadek przywiązywała sobie do krzesła, żeby ją nie poniosło do pierworodnego).
Po pierwszym takim spektaklu skończyły się marzenia o bezdzietnym wyjeździe z Idealnym Tatą na azjatycki kontynent, bo nie wiadomo komu by się większą krzywdę zrobiło - Młodemu czy Babci.
Bynajmniej nie jest tak, że Miejska Mama wyjątkowe dziwadło sobie wyhodowała. Wywiad środowiskowy wykazał, że niestety, takie przypadki zdarzają się częściej. Matki pracujące lub nie krają sobie serce na sześć, osiem części i przełykają je z gorzkimi łzami wymykając się ukradkiem do pracy przy akompaniamencie wrzasków. Z poczuciem winy wychodzą na kilka godzin na zakupy czy do kina zastając potomstwo z zapuchniętymi powiekami a opiekunów nad pustą buteleczką nervosolu, I nic z tym zrobić nie można, jak tylko przeczekać. Chociaż jest cień szansy - można spróbować jak najwcześniej przyzwyczaić ukochane maleństwo do politeizmu w postaci ojców, ciotek czy niań, jako regularnie zmieniającego się panteonu bóstw. Może czym skorupka za młodu....
30 grudnia 2009
Dyskryminacja
Fakt, młode kobiety mają pod górkę, zwłaszcza kiedy są w ciąży, lub w wieku okołociążowym. Zawsze znajdzie się jakiś palant który dla własnego bezpieczeństwa woli wyrzucić albo wystarczająco zniechęcić do współpracy przyszłą matkę, zamiast użerać się później z jej zwolnieniami na dziecko i kolejnymi ciążami.
Ale nie tylko kobiety padają ofiarą podłej dyskryminacji. Jeśli się nad tym dobrze zastanowić tak na prawdę nieciekawie mają ojcowie, którzy chcą być wychowawcami swoich dzieci i rezygnują z siebie na rzecz pielęgnacji własnego potomstwa.
Delikatny, czuły, rozkochany w dzieciach i jeszcze o dom zadba – która z matek nie marzy w skrytości ducha o takim partnerze? Elastyczny feminista, który będzie wspierał ją w rodzicielskiej roli, a najlepiej partnerował decydując się na choć czasowe pozostanie przy dziecku kiedy nowo upieczona matka znów przeistoczy się w tygrysa biznesu i na stale zamieszka w dzielnicy sukcesu. Czy jednak mamy są świadome na co skazują ojca swoich dzieci?
Ostracyzm spowodowany brzydką płcią w piaskownicy to już na szczęście problem tylko zaściankowych wsi i miasteczek, ale tam i tak nie występuje, bo kłóci się to z obowiązującym stereotypem samca. Dziś matki chętnie wpuszczają do swojego grona mamowego tatę, czule traktując go jako maskotkę grupy. Dla udomowionego ojca prowadzenie domu to też nie problem, bo telewizję ogląda, gazety czyta i wie jak włączyć zmywarkę, telewizję ogląda więc podpatrzy gwiazdy kulinarne, które w dziesięć minut potrafią obiad przyrządzić, a zapobiegliwa żona i tak na lodówce przyczepi adresy i telefony magla, dentysty, lekarza, hydraulika z obowiązującą listą zakupów w bonusie. Idiota by sobie poradził, a tym bardziej mąż inteligentnej kobiety.
Tyle, że poza podwórkiem i domem zaczynają się kłopoty. Nie do każdego szpitala wpuszczą ojca do opieki nad dzieckiem, bo na oddziale są nieletnie, to nie wiadomo czy nie zmolestuje (jakoś nikt nie zastanawia się nad możliwością uwodzenia szesnastoletnich chłopców przez młode matki). Na pomoc różnorodnych instytucji programowo niosących pomoc wszelaką matkom pozostającym w domu nie ma co liczyć bo...nie jest matką. I nic to, ze pełni jej wszystkie obowiązki, ale dla urzędników istotne jest czy jako odbiorca pomocy podpisuje się właściciel jajników czy penisa. Nawet mega nowoczesna Europa nie przewiduje wsparcia dla ojców wychowujących dzieci. I to się nazywa równouprawnienie.
Niestety nadal wielu lekarzy i urzędników z pobłażaniem patrzy na mężczyznę zajmującego się dziećmi. Pewnie przez przypadek, pewnie w zastępstwie, co on tam wie o wychowaniu.
A już zupełnie nikt nie przejmuje się powrotem taty do pracy. Kobieta z przerwą w zawodowym stażu to norma. Zresztą jak ma już za sobą okres wczesnoszkolny swoich pociech to nagle dostaje skrzydeł i staje się super pracownikiem – nie dość ze wolnym od zwolnień lekarskich ale i świetnie zorganizowanym po doświadczeniach rodzicielskich.
A i z aparycją około czterdziestki u Polek coraz lepiej, zwłaszcza że media pompują w nie obowiązek bycia piękną i atrakcyjną aż do grobowej deski. Jak kto nie wierzy to popatrzy na Tyszkiewicz pokazywaną w godzinach największej oglądalności.
A tata, lekko siwawy, może nawet łysiejący, z brzuszkiem, opalony po godzinach spędzonych na przy osiedlowym spacerniaku, wybity z korporacyjnych kaw i wyhamowany to już nie ten sam mężczyzna. Młodsi, sprawniejsi, supersamce, którym do głowy nie przyjdzie zmienić dziecku pieluchę, patrzą na niego z ukosa podśmiewując się mniej lub bardziej subtelnie. Tata-miś, Dzieciorób, PanMama.
Może więc, walcząc o równouprawnienie, warto zawalczyć i o tych najprawdziwszych z prawdziwych ojców i dać im prawa takie, jak i innym rodzicom decydującym się na bycie w domu?
Ale nie tylko kobiety padają ofiarą podłej dyskryminacji. Jeśli się nad tym dobrze zastanowić tak na prawdę nieciekawie mają ojcowie, którzy chcą być wychowawcami swoich dzieci i rezygnują z siebie na rzecz pielęgnacji własnego potomstwa.
Delikatny, czuły, rozkochany w dzieciach i jeszcze o dom zadba – która z matek nie marzy w skrytości ducha o takim partnerze? Elastyczny feminista, który będzie wspierał ją w rodzicielskiej roli, a najlepiej partnerował decydując się na choć czasowe pozostanie przy dziecku kiedy nowo upieczona matka znów przeistoczy się w tygrysa biznesu i na stale zamieszka w dzielnicy sukcesu. Czy jednak mamy są świadome na co skazują ojca swoich dzieci?
Ostracyzm spowodowany brzydką płcią w piaskownicy to już na szczęście problem tylko zaściankowych wsi i miasteczek, ale tam i tak nie występuje, bo kłóci się to z obowiązującym stereotypem samca. Dziś matki chętnie wpuszczają do swojego grona mamowego tatę, czule traktując go jako maskotkę grupy. Dla udomowionego ojca prowadzenie domu to też nie problem, bo telewizję ogląda, gazety czyta i wie jak włączyć zmywarkę, telewizję ogląda więc podpatrzy gwiazdy kulinarne, które w dziesięć minut potrafią obiad przyrządzić, a zapobiegliwa żona i tak na lodówce przyczepi adresy i telefony magla, dentysty, lekarza, hydraulika z obowiązującą listą zakupów w bonusie. Idiota by sobie poradził, a tym bardziej mąż inteligentnej kobiety.
Tyle, że poza podwórkiem i domem zaczynają się kłopoty. Nie do każdego szpitala wpuszczą ojca do opieki nad dzieckiem, bo na oddziale są nieletnie, to nie wiadomo czy nie zmolestuje (jakoś nikt nie zastanawia się nad możliwością uwodzenia szesnastoletnich chłopców przez młode matki). Na pomoc różnorodnych instytucji programowo niosących pomoc wszelaką matkom pozostającym w domu nie ma co liczyć bo...nie jest matką. I nic to, ze pełni jej wszystkie obowiązki, ale dla urzędników istotne jest czy jako odbiorca pomocy podpisuje się właściciel jajników czy penisa. Nawet mega nowoczesna Europa nie przewiduje wsparcia dla ojców wychowujących dzieci. I to się nazywa równouprawnienie.
Niestety nadal wielu lekarzy i urzędników z pobłażaniem patrzy na mężczyznę zajmującego się dziećmi. Pewnie przez przypadek, pewnie w zastępstwie, co on tam wie o wychowaniu.
A już zupełnie nikt nie przejmuje się powrotem taty do pracy. Kobieta z przerwą w zawodowym stażu to norma. Zresztą jak ma już za sobą okres wczesnoszkolny swoich pociech to nagle dostaje skrzydeł i staje się super pracownikiem – nie dość ze wolnym od zwolnień lekarskich ale i świetnie zorganizowanym po doświadczeniach rodzicielskich.
A i z aparycją około czterdziestki u Polek coraz lepiej, zwłaszcza że media pompują w nie obowiązek bycia piękną i atrakcyjną aż do grobowej deski. Jak kto nie wierzy to popatrzy na Tyszkiewicz pokazywaną w godzinach największej oglądalności.
A tata, lekko siwawy, może nawet łysiejący, z brzuszkiem, opalony po godzinach spędzonych na przy osiedlowym spacerniaku, wybity z korporacyjnych kaw i wyhamowany to już nie ten sam mężczyzna. Młodsi, sprawniejsi, supersamce, którym do głowy nie przyjdzie zmienić dziecku pieluchę, patrzą na niego z ukosa podśmiewując się mniej lub bardziej subtelnie. Tata-miś, Dzieciorób, PanMama.
Może więc, walcząc o równouprawnienie, warto zawalczyć i o tych najprawdziwszych z prawdziwych ojców i dać im prawa takie, jak i innym rodzicom decydującym się na bycie w domu?
Matką europejską być
Rzym, swego czasu centrum europejskiej cywilizacji, miał dojną wilczycę, co to hojnie wykarmiła dwóch chłopców, założycieli Wiecznego Miasta.
Dzisiejsza Europa tez ma swoją dojną krowę, której co prawda sensu stricte nie widać, ale z której sutków szerokim strumieniem płyną życiodajne płyny mające wyżywić miliony rozsiane po kontynencie. Żeby jednak skorzystać z dobrodziejstw matki karmicielki z Brukseli trzeba rzeczonego cyca znaleźć. Ale to nie wszystko. Cyc dopasowany jest do konkretnej mordki, bo jak się okazuje, nie każdemu po równo płynie, o czym Miejska Mama mogła się osobiście przekonać.
Macierzyństwo uskrzydla – takie przeświadczenie najwyraźniej towarzyszyło organizatorom kursu na mamę europejską, czyli taką, co to między pieluchami i kaszkami znajdzie sobie czas na podciągnięcie własnych kwalifikacji zawodowych, czy wręcz na rozkręcenie własnego interesu. Zgodnie z potoczną wiedzą Matka Europa szczodrze wspiera taki heroizm. Niestety jednak w praktyce okazuje się, że skorzystać z pomocy mogą tylko nieliczne rodzicielki. Zanim więc droga matko sięgniesz za telefon, internet czy włożysz buty żeby popędzić do najbliższej unijnej informacji zważ na następujące fakty:
1.kurs na europejską mamę przysługuje, owszem, ale tylko tym mamom co to z różnych przyczyn pracą się w stanie przed ciążowym nie parały albo których pracodawca w ramach równości płci zwolnił w pierwszej możliwej chwili kiedy zdał sobie sprawę, że za kilka miesięcy z brzuchaty pracownik przeistoczy się w problem zespołowy. Mamy na wychowawczym czy na macierzyńskim mogą liczyć co najwyżej na dobrą wolę organizatorów, którym wystarczy zapewnienie, że kandydatka na europejska mamę zostanie zwolniona jak tylko wróci do pracy.
2.Na poprawę swojej sytuacji mają szansę mamy, które na oczy komputera nie widziały, wyższych studiów raczej nie skończyły a pracować pracowały co najwyżej na taśmociągu fabrycznym czy zmywaku. Proponowane Miejskiej Mamie kursy oferowały przede wszystkim podstawy obsługi komputera, spotkania z wizażystką i stylistką, psychologiem i specem od CV. Oczywiście na teście kwalifikacyjnym można zaniżyć swoje umiejętności co by dostać szansę kilkumiesięcznej rozrywki połączonej z opieką dla dziecka, bo i takie opcje są, ale co zrobić po miesiącu kiedy z nudy matka - kursantka zaczyna podgryzać monitor, a koleżanki matki, nie kursantki wybierają się na dwa tygodnie na wieś, a tu kurs dokończyć trzeba?
3.Z oferty wynika że idealna matka europejska to florystka, sklepowa czy kuchenna. W kontekście spotkania odbywającego się w centrum Warszawy nie dziwi więc małe zainteresowanie zebranych mam, mimo proponowanej dodatkowo „pensji” wypłacanej podczas kursów czy opieki nad potomstwem.
4.Teoretycznie dla tych bardziej ambitnych matek pozostaje szansa na 40 tysięcy złotych w ramach rozkręcania własnej działalności pod unijną pieczą. Propozycja świetna, bo kto nie chciałby wreszcie zrealizować własnych marzeń i to prowadzony od początku za rączkę przez kurs na bizneswomen, pomoc w przygotowaniu biznes planu, zielone światło na początek? Szkopuł w tym, że po pierwsze oprócz założenia trzeba taką firmę przez rok utrzymać na rynku, a po drugie Polacy, a zwłaszcza mieszkańcy stolicy obdarzeni są wybitnym talentem biznesowym i, co tu owijać w bawełnę, konkurencja jest przeogromna. Miejska Mama kiedy drążyła temat usłyszała od organizatorów wprost – zgłoszeń jest tyle, że nie wybieramy wśród najlepszych. My musimy odrzucać brylanty.
5.Pozostaje jeszcze droga do własnej firmy przez pośredniak. Tu co prawda stawką są dwa razy mniejsze pieniądze, ale i konkurencja o niebo mniejsza. Tyle, że ta opcja jest dostępna wyłącznie i nieodwołalnie dla bezrobotnych mam.
Mimo wszystkich powyższych „ale” może lepiej się nie zniechęcać. Może warto jednak spróbować, świadomym swoich szans, i zobaczymy – jeśli Mamie - kandydatce na europejkę uda się dostać na wymarzony, interesujący kurs na poziomie, jeśli wygra wyścig o własną firmę - wspaniale. Jeśli nie, to będzie i tak wygrana, bo dobrze opracowany pomysł nawet bez unijnego wsparcia może wypalić, a podszkolić się można i w inny sposób. Wystarczy tylko odważyć się i poszukać możliwości.
Dzisiejsza Europa tez ma swoją dojną krowę, której co prawda sensu stricte nie widać, ale z której sutków szerokim strumieniem płyną życiodajne płyny mające wyżywić miliony rozsiane po kontynencie. Żeby jednak skorzystać z dobrodziejstw matki karmicielki z Brukseli trzeba rzeczonego cyca znaleźć. Ale to nie wszystko. Cyc dopasowany jest do konkretnej mordki, bo jak się okazuje, nie każdemu po równo płynie, o czym Miejska Mama mogła się osobiście przekonać.
Macierzyństwo uskrzydla – takie przeświadczenie najwyraźniej towarzyszyło organizatorom kursu na mamę europejską, czyli taką, co to między pieluchami i kaszkami znajdzie sobie czas na podciągnięcie własnych kwalifikacji zawodowych, czy wręcz na rozkręcenie własnego interesu. Zgodnie z potoczną wiedzą Matka Europa szczodrze wspiera taki heroizm. Niestety jednak w praktyce okazuje się, że skorzystać z pomocy mogą tylko nieliczne rodzicielki. Zanim więc droga matko sięgniesz za telefon, internet czy włożysz buty żeby popędzić do najbliższej unijnej informacji zważ na następujące fakty:
1.kurs na europejską mamę przysługuje, owszem, ale tylko tym mamom co to z różnych przyczyn pracą się w stanie przed ciążowym nie parały albo których pracodawca w ramach równości płci zwolnił w pierwszej możliwej chwili kiedy zdał sobie sprawę, że za kilka miesięcy z brzuchaty pracownik przeistoczy się w problem zespołowy. Mamy na wychowawczym czy na macierzyńskim mogą liczyć co najwyżej na dobrą wolę organizatorów, którym wystarczy zapewnienie, że kandydatka na europejska mamę zostanie zwolniona jak tylko wróci do pracy.
2.Na poprawę swojej sytuacji mają szansę mamy, które na oczy komputera nie widziały, wyższych studiów raczej nie skończyły a pracować pracowały co najwyżej na taśmociągu fabrycznym czy zmywaku. Proponowane Miejskiej Mamie kursy oferowały przede wszystkim podstawy obsługi komputera, spotkania z wizażystką i stylistką, psychologiem i specem od CV. Oczywiście na teście kwalifikacyjnym można zaniżyć swoje umiejętności co by dostać szansę kilkumiesięcznej rozrywki połączonej z opieką dla dziecka, bo i takie opcje są, ale co zrobić po miesiącu kiedy z nudy matka - kursantka zaczyna podgryzać monitor, a koleżanki matki, nie kursantki wybierają się na dwa tygodnie na wieś, a tu kurs dokończyć trzeba?
3.Z oferty wynika że idealna matka europejska to florystka, sklepowa czy kuchenna. W kontekście spotkania odbywającego się w centrum Warszawy nie dziwi więc małe zainteresowanie zebranych mam, mimo proponowanej dodatkowo „pensji” wypłacanej podczas kursów czy opieki nad potomstwem.
4.Teoretycznie dla tych bardziej ambitnych matek pozostaje szansa na 40 tysięcy złotych w ramach rozkręcania własnej działalności pod unijną pieczą. Propozycja świetna, bo kto nie chciałby wreszcie zrealizować własnych marzeń i to prowadzony od początku za rączkę przez kurs na bizneswomen, pomoc w przygotowaniu biznes planu, zielone światło na początek? Szkopuł w tym, że po pierwsze oprócz założenia trzeba taką firmę przez rok utrzymać na rynku, a po drugie Polacy, a zwłaszcza mieszkańcy stolicy obdarzeni są wybitnym talentem biznesowym i, co tu owijać w bawełnę, konkurencja jest przeogromna. Miejska Mama kiedy drążyła temat usłyszała od organizatorów wprost – zgłoszeń jest tyle, że nie wybieramy wśród najlepszych. My musimy odrzucać brylanty.
5.Pozostaje jeszcze droga do własnej firmy przez pośredniak. Tu co prawda stawką są dwa razy mniejsze pieniądze, ale i konkurencja o niebo mniejsza. Tyle, że ta opcja jest dostępna wyłącznie i nieodwołalnie dla bezrobotnych mam.
Mimo wszystkich powyższych „ale” może lepiej się nie zniechęcać. Może warto jednak spróbować, świadomym swoich szans, i zobaczymy – jeśli Mamie - kandydatce na europejkę uda się dostać na wymarzony, interesujący kurs na poziomie, jeśli wygra wyścig o własną firmę - wspaniale. Jeśli nie, to będzie i tak wygrana, bo dobrze opracowany pomysł nawet bez unijnego wsparcia może wypalić, a podszkolić się można i w inny sposób. Wystarczy tylko odważyć się i poszukać możliwości.
Święta, święta i po świętach. Ufff....
Gdyby ktoś tylko wcześniej zdradził Miejskiej Mamie czym są święta z dzieckiem ostatnie kilkanaście dni mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Tymczasem wobec zaistniałej sytuacji mamy zarazę, pobojowisko i niebyt. Ale od początku.
Zbliżały się święta, czas nieodłącznie związany z dziećmi. Wiadomo: Święty Mikołaj, choinka, szopki bożonarodzeniowe, rodzice, wujkowie, dziadkowie dostępni przez magiczne kilka dni i w dodatku z prezentami. Raj dziecięcy. Ale tylko w teorii. W praktyce Święta Bożego Narodzenia to dla dzieci i ich opiekunów kilkudniowy koszmar, który przeżyć mogą tylko wprawni mistrzowie rodzinnego survivalu.
Zaczyna się od przygotowań. Kilkudniowe sprzątanie, mycie, pranie, prasowanie i gotowanie – tradycja każdej matki polki, choćby nie wiem jak się odcinała. Święta mają pachnieć pastą do podłogi, krochmalem, przypalonym makiem i przegrzaną rybą. To się nazywa tradycja. I mimo, że zdrowy rozsądek, nawet podpierany aspektem religijnym, jak nic, wskazuje na niezasadność takich działań, każda porządna kobieta wypruwa sobie flaki dla kilku zaśnieżonych (lub nie) dni przy swoim czy też cudzym stole. Miejska Mama doskonale wie, że święta mogą być mega świąteczne i bez heroicznych czynów, bo sama spędziła takie z dala od tradycyjnego stołu będąc szczęśliwą. Ale mimo to, na mózg jej padło, że to pierwsze święta Młodego, więc z przyrośniętym do jednej ręki żelazkiem, do drugiej nożem do wigilijnego świtu orała razem z Idealnym tatą w kuchni i w okolicach. Młody w tym czasie włóczył się samotnie po domu, nieszczęśliwy że się nim nie zajmują i wściekły, ze nie pozwalają mu we wszystkim uczestniczyć.
Wigilia. Czas rodziny, refleksji, kolędowania. Wszystko fajnie, tyle że po zmroku. Zanim pojawi się pierwsza gwiazdka dziecko ma już dość oczekiwania. Jest głodne, zirytowane, znudzone, a w dodatku przestawiają mu cały dzień. Rodzice zaaferowani wciskają swoje pociechy w nienoszone na co dzień ubranka (czytaj niepraktyczne, niewygodne i takie co się je trudno pierze) i jak mogą przekonują, przekupują i zastraszają do kursu na człowieka w ten jeden wieczór. Tak, tak i wujka też i babcię, nie nie jest zła, tylko tak wygląda, nie nie będzie cię bil, i nie gryź go dziś proszę, weź opłatka, nie, nie cały, co mówiłam?!, wypluj, tak, grzeczne dziecko.
Życzenia opłatkowe to dla malucha koszmar – stół zastawiony, można by jeść,a tutaj jakieś przemowy, promenady od krewnego do krewnego, niekończące się uściski. Bleeeee. Matka już ma dość, bo z jednej strony stara się pokazać, stęskniona mniej lub bardziej rzuca się w objęcia rodziny a jednocześnie łypie okiem na bezglutenowe dziecko pożerające opłatek, kilkulatka planującego właśnie małą destrukcję na stole, czy jego starszego brata usiłującego przewrócić choinkę.
Siedli. Zjedli. Nawet coś im smakowało. Dzieciom oczywiście, bo ich rodzice niewiele co zdążyli spróbować, usiłując opanować rozbiegane przedszkole. Najmłodsze normalnie w tym momencie zasypia, więc rodzina ma do wyboru, albo obejść się bez części stołowników albo ryzykować wrzody ucztując w takt wycia malucha. Wrzodów, a przynajmniej niestrawności, trudno uniknąć zwłaszcza jeśli Mikołaj w tym roku postanowił twórczo rozwijać dzieci obdarzając je instrumentami muzycznymi. Ale skoro o prezentach mowa....
Każda rodzina ma swój patent kiedy, jak i jakie prezenty ma dostać rozwrzeszczana dziatwa. Czekanie do końca kolacji grozi buntem, natomiast obdarowywanie podczas lub, nie daj Boże, na początku Wigilii oznacza automatyczne zakończenie kolacji, zwłaszcza jeśli odbywa się w nie za dużym mieszkaniu a dzieci jest kilkoro. Miejska Mama z Siostrą nieopacznie popełniły ten błąd pozwalając Świętemu wejść między śledziem a pierogiem czym ostatecznie przekreśliły swoje szanse na spokojny posiłek.
Dzieci mają w zwyczaju chadzać spać wieczorem. W swoich łóżeczkach, po kąpieli we własnej wannie, z własnym plastikowym śmietnikiem. Wigilia to wieczór wyjątkowy, zwłaszcza dla dzieci, dla których wszystko jest niecodzienne: miejsce, pora, ludzie no i prezenty. Uśpienie takiego nafaszerowanego adrenaliną dziecka to nie lada wyzwanie. Namówienie go, żeby normalnie i przyjaźnie egzystował dnia następnego – to już prawdziwy wyczyn. A biorąc pod uwagę że w polskiej tradycji świątecznej trzy dni spędza się jeżdżąc od rodziny do rodziny, zmieniając jedynie stoły i skład domowników to nie należy się dziwić, że nawet najświętszy potomek będzie miał dość.
Młody miał i to bardzo. Tak na 38 z hakiem i tendencją do stanu podgorączkowego przez dni kolejne. Miejska Mama też miała dość, tak na nie całe 35 i usiłując uspokoić i zrehabilitować pierworodnego marzyła o długim, długim śnie i normalnych posiłkach.
A Idealny Tata po prostu poszedł do pracy. I był wreszcie szczęśliwy. Bez rozmarudzonych dzieci, rodzinnych animozji i natręctw, bez stołu na widok którego każdy dietetyk dostanie apopleksji. I bez rozwijających prezentów przyprawiających o głuchotę.
Zbliżały się święta, czas nieodłącznie związany z dziećmi. Wiadomo: Święty Mikołaj, choinka, szopki bożonarodzeniowe, rodzice, wujkowie, dziadkowie dostępni przez magiczne kilka dni i w dodatku z prezentami. Raj dziecięcy. Ale tylko w teorii. W praktyce Święta Bożego Narodzenia to dla dzieci i ich opiekunów kilkudniowy koszmar, który przeżyć mogą tylko wprawni mistrzowie rodzinnego survivalu.
Zaczyna się od przygotowań. Kilkudniowe sprzątanie, mycie, pranie, prasowanie i gotowanie – tradycja każdej matki polki, choćby nie wiem jak się odcinała. Święta mają pachnieć pastą do podłogi, krochmalem, przypalonym makiem i przegrzaną rybą. To się nazywa tradycja. I mimo, że zdrowy rozsądek, nawet podpierany aspektem religijnym, jak nic, wskazuje na niezasadność takich działań, każda porządna kobieta wypruwa sobie flaki dla kilku zaśnieżonych (lub nie) dni przy swoim czy też cudzym stole. Miejska Mama doskonale wie, że święta mogą być mega świąteczne i bez heroicznych czynów, bo sama spędziła takie z dala od tradycyjnego stołu będąc szczęśliwą. Ale mimo to, na mózg jej padło, że to pierwsze święta Młodego, więc z przyrośniętym do jednej ręki żelazkiem, do drugiej nożem do wigilijnego świtu orała razem z Idealnym tatą w kuchni i w okolicach. Młody w tym czasie włóczył się samotnie po domu, nieszczęśliwy że się nim nie zajmują i wściekły, ze nie pozwalają mu we wszystkim uczestniczyć.
Wigilia. Czas rodziny, refleksji, kolędowania. Wszystko fajnie, tyle że po zmroku. Zanim pojawi się pierwsza gwiazdka dziecko ma już dość oczekiwania. Jest głodne, zirytowane, znudzone, a w dodatku przestawiają mu cały dzień. Rodzice zaaferowani wciskają swoje pociechy w nienoszone na co dzień ubranka (czytaj niepraktyczne, niewygodne i takie co się je trudno pierze) i jak mogą przekonują, przekupują i zastraszają do kursu na człowieka w ten jeden wieczór. Tak, tak i wujka też i babcię, nie nie jest zła, tylko tak wygląda, nie nie będzie cię bil, i nie gryź go dziś proszę, weź opłatka, nie, nie cały, co mówiłam?!, wypluj, tak, grzeczne dziecko.
Życzenia opłatkowe to dla malucha koszmar – stół zastawiony, można by jeść,a tutaj jakieś przemowy, promenady od krewnego do krewnego, niekończące się uściski. Bleeeee. Matka już ma dość, bo z jednej strony stara się pokazać, stęskniona mniej lub bardziej rzuca się w objęcia rodziny a jednocześnie łypie okiem na bezglutenowe dziecko pożerające opłatek, kilkulatka planującego właśnie małą destrukcję na stole, czy jego starszego brata usiłującego przewrócić choinkę.
Siedli. Zjedli. Nawet coś im smakowało. Dzieciom oczywiście, bo ich rodzice niewiele co zdążyli spróbować, usiłując opanować rozbiegane przedszkole. Najmłodsze normalnie w tym momencie zasypia, więc rodzina ma do wyboru, albo obejść się bez części stołowników albo ryzykować wrzody ucztując w takt wycia malucha. Wrzodów, a przynajmniej niestrawności, trudno uniknąć zwłaszcza jeśli Mikołaj w tym roku postanowił twórczo rozwijać dzieci obdarzając je instrumentami muzycznymi. Ale skoro o prezentach mowa....
Każda rodzina ma swój patent kiedy, jak i jakie prezenty ma dostać rozwrzeszczana dziatwa. Czekanie do końca kolacji grozi buntem, natomiast obdarowywanie podczas lub, nie daj Boże, na początku Wigilii oznacza automatyczne zakończenie kolacji, zwłaszcza jeśli odbywa się w nie za dużym mieszkaniu a dzieci jest kilkoro. Miejska Mama z Siostrą nieopacznie popełniły ten błąd pozwalając Świętemu wejść między śledziem a pierogiem czym ostatecznie przekreśliły swoje szanse na spokojny posiłek.
Dzieci mają w zwyczaju chadzać spać wieczorem. W swoich łóżeczkach, po kąpieli we własnej wannie, z własnym plastikowym śmietnikiem. Wigilia to wieczór wyjątkowy, zwłaszcza dla dzieci, dla których wszystko jest niecodzienne: miejsce, pora, ludzie no i prezenty. Uśpienie takiego nafaszerowanego adrenaliną dziecka to nie lada wyzwanie. Namówienie go, żeby normalnie i przyjaźnie egzystował dnia następnego – to już prawdziwy wyczyn. A biorąc pod uwagę że w polskiej tradycji świątecznej trzy dni spędza się jeżdżąc od rodziny do rodziny, zmieniając jedynie stoły i skład domowników to nie należy się dziwić, że nawet najświętszy potomek będzie miał dość.
Młody miał i to bardzo. Tak na 38 z hakiem i tendencją do stanu podgorączkowego przez dni kolejne. Miejska Mama też miała dość, tak na nie całe 35 i usiłując uspokoić i zrehabilitować pierworodnego marzyła o długim, długim śnie i normalnych posiłkach.
A Idealny Tata po prostu poszedł do pracy. I był wreszcie szczęśliwy. Bez rozmarudzonych dzieci, rodzinnych animozji i natręctw, bez stołu na widok którego każdy dietetyk dostanie apopleksji. I bez rozwijających prezentów przyprawiających o głuchotę.
09 grudnia 2009
Dzień Snu
Nie ma mocnych, prędzej czy później dopadnie każdego - wypalenie, znużenie, fizyczne zmęczenie przychodzi do każdej matki powolutku. Miesiącami podstępnie się gromadzi żerując spokojnie na braku snu, jedzenia, wolnego czasu, monotonni. Aż przychodzi taki dzień, kiedy przeciągana w nieskończoność biologia łączy się z nadmiarem codzienności, tak że nawet najbardziej oddana matka zamiast żarliwych uczuć do własnych dzieci i chęci ich wychowywania czuje przede wszystkim ból, niepowstrzymanie opadające powieki
i nadchodzący sen. Tak zaczyna się dzień Snu. I nic nie jest wtedy w stanie utrzymać kobiety w pozycji pionowej, chyba że by ją rozpiąć na rusztowaniu z kółkami, co by się mogła przemieszczać.
W Dniu Snu wszystkie dotychczasowe postanowienia, zasady i reguły brane są w nawias. Dziecko tego dnia jest w cudowny sposób odporne na zarazki, wirusy, obicia i złe wychowanie. Nagle może chodzić brudne, kłaść się kiedy chce i jeść to na co ma ochotę, oraz robić to co zwykle ma zakazane - krótko mówiąc może wszytko, pod warunkiem że da szansę mamie choć na kilka chwil snu. W wydaniu Miejskiej Mamy senny koniec świata wygląda mniej więcej tak:
W godzinie aż nieprzyzwoicie późnej jak na macierzyństwo Miejska Mama budzi się z ręką Młodego wpakowaną do ust aż po łokieć. Młody poprawia grzechotką i butelką, ciągnie za włosy. Pokonana Miejska Mama rozważa konsekwencje spuszczenia syna na podłogę, ale wizja pogryzionych kabli, powyrywanych odbojników do drzwi i wyjedzonego jedzenia i żwirku kociego nieco ją cuci.
Po godzinie Młody nakarmiony, umyty i stanowczo zbyt obudzony zostaje postawiony, a w zasadzie położony przed faktem dokonanym: bajka, ale to już, bez możliwości wyboru. Miejska Mama z głębokim uczuciem patrzy na swojego wybawiciela - laptop, który można wygodnie umieścić w łóżku. Z równie głębokim poczuciem wyrzutów sumienia myśli o tym , co właśnie robi, ale sen jest ważniejszy.
W południe Młody niestety przypomina sobie że jest głodny, wyspany i gotowy żeby stawić czoło dniu. Miejska Mama zwleka się z łóżka i staje przed kuchenką. Po czterdziestu minutach i dwóch kawach daje za wygraną. W przerwach między karmieniem syna rozkłada kanapę oraz rozstawia zasieki na Młodego. Niech sobie trochę bezpiecznie pospaceruje, kiedy mamusia śpi. Po godzinie synek sam się pcha z nudów do łózka.
Robi się ciemno, kiedy Miejska Mama znów otwiera oczy. Nie wiadomo, czy na skutek późnej godziny czy wstrząsu mózgu spowodowanego waleniem grzechotką w jej głowę. Na szczęście w lodówce są resztki z obiadu, które obciążają nieco rozbieganego Młodego. Krótka sesja z klockami w pokoju dziecięcym zadowala syna. Mamę również, bo na ziemi jest mata, na której można po cichutku dospać. Cudowna drzemka przerywana sporadycznymi interwencjami Młodego trwa do siedemnastej - pora popołudniowej drzemki i powrót do sypialni. Młody po godzinie wyspany aczkolwiek znudzony znów staje oko w oko z ekranem. Niestety, przetrenowany traci zainteresowanie po pół godzinie, akurat w momencie kiedy z czystym sumieniem można zacząć go kąpać. Po kilkudziesięciu minutowej drzemce pod wanną Miejska Mama odsącza szczęśliwe dziecko i zabiera się za obiad. Wizyta w kuchni przypomina, że nawet paczka ptasiego mleczka nie oszuka żołądka i Miejska Mama zaczyna myśleć o normalnym obiedzie, tym bardziej, że Idealny Tata niedługo wróci z pracy. Ale zanim do tego dojdzie wynudzony i przespany Młody każe się tulić, kłaść, tulić. Wreszcie zasypia...razem z Miejską Mamą.
i nadchodzący sen. Tak zaczyna się dzień Snu. I nic nie jest wtedy w stanie utrzymać kobiety w pozycji pionowej, chyba że by ją rozpiąć na rusztowaniu z kółkami, co by się mogła przemieszczać.
W Dniu Snu wszystkie dotychczasowe postanowienia, zasady i reguły brane są w nawias. Dziecko tego dnia jest w cudowny sposób odporne na zarazki, wirusy, obicia i złe wychowanie. Nagle może chodzić brudne, kłaść się kiedy chce i jeść to na co ma ochotę, oraz robić to co zwykle ma zakazane - krótko mówiąc może wszytko, pod warunkiem że da szansę mamie choć na kilka chwil snu. W wydaniu Miejskiej Mamy senny koniec świata wygląda mniej więcej tak:
W godzinie aż nieprzyzwoicie późnej jak na macierzyństwo Miejska Mama budzi się z ręką Młodego wpakowaną do ust aż po łokieć. Młody poprawia grzechotką i butelką, ciągnie za włosy. Pokonana Miejska Mama rozważa konsekwencje spuszczenia syna na podłogę, ale wizja pogryzionych kabli, powyrywanych odbojników do drzwi i wyjedzonego jedzenia i żwirku kociego nieco ją cuci.
Po godzinie Młody nakarmiony, umyty i stanowczo zbyt obudzony zostaje postawiony, a w zasadzie położony przed faktem dokonanym: bajka, ale to już, bez możliwości wyboru. Miejska Mama z głębokim uczuciem patrzy na swojego wybawiciela - laptop, który można wygodnie umieścić w łóżku. Z równie głębokim poczuciem wyrzutów sumienia myśli o tym , co właśnie robi, ale sen jest ważniejszy.
W południe Młody niestety przypomina sobie że jest głodny, wyspany i gotowy żeby stawić czoło dniu. Miejska Mama zwleka się z łóżka i staje przed kuchenką. Po czterdziestu minutach i dwóch kawach daje za wygraną. W przerwach między karmieniem syna rozkłada kanapę oraz rozstawia zasieki na Młodego. Niech sobie trochę bezpiecznie pospaceruje, kiedy mamusia śpi. Po godzinie synek sam się pcha z nudów do łózka.
Robi się ciemno, kiedy Miejska Mama znów otwiera oczy. Nie wiadomo, czy na skutek późnej godziny czy wstrząsu mózgu spowodowanego waleniem grzechotką w jej głowę. Na szczęście w lodówce są resztki z obiadu, które obciążają nieco rozbieganego Młodego. Krótka sesja z klockami w pokoju dziecięcym zadowala syna. Mamę również, bo na ziemi jest mata, na której można po cichutku dospać. Cudowna drzemka przerywana sporadycznymi interwencjami Młodego trwa do siedemnastej - pora popołudniowej drzemki i powrót do sypialni. Młody po godzinie wyspany aczkolwiek znudzony znów staje oko w oko z ekranem. Niestety, przetrenowany traci zainteresowanie po pół godzinie, akurat w momencie kiedy z czystym sumieniem można zacząć go kąpać. Po kilkudziesięciu minutowej drzemce pod wanną Miejska Mama odsącza szczęśliwe dziecko i zabiera się za obiad. Wizyta w kuchni przypomina, że nawet paczka ptasiego mleczka nie oszuka żołądka i Miejska Mama zaczyna myśleć o normalnym obiedzie, tym bardziej, że Idealny Tata niedługo wróci z pracy. Ale zanim do tego dojdzie wynudzony i przespany Młody każe się tulić, kłaść, tulić. Wreszcie zasypia...razem z Miejską Mamą.
30 listopada 2009
Jak matka krowę przeoczyła
Zasypywane książkami o idealnych nianiach (patrz matkach, bo taka niania to matka zastępcza), artykułami ze zdjęciami matek-celebrytek, współczesne rodzicielki stawiają sobie wyzwania, którym za wszelką cenę chcą sprostać. A jak nie stawiają, to łapią doła, że one się nie spełniają i że innym to wychodzi a im nie. I kiedy tak łykają pokątnie leki antydepresyjne, łkają w rękawy koleżanek, czy wręcz przeciwnie - usiłują się wyrobić na zakrętach między aerobikiem, nauką języków, wizytą w galerii, sprzątaniem, praniem i temu podobnym rzeczom, które mają skutecznie odkleić z nich metkę matek-nierobów w tym wszystkim zdarza się im nie zauważyć własnych dzieci. A dzieci, niestety mają to w naturze, że lubią być zauważane i zauważane być powinny.
Miejska Mama tenże właśnie kardynalny błąd popełniła, i teraz spać po nocach nie może, bo ją wyrzuty sumienia zżerają.
Zaczęło się niewinnie od ustawiania kalendarza spotkań i zadań co tydzień. Zadziałało podręcznikowo: nie dość że Młody był wyspacerowany, zrehabilitowany, ba miał nawet organizowane domowe zajęcia rozwojowe rozpisywane na miesiąc z góry, to Miejska Mama miała czas co by zadbać o swoje ciało i ducha, nie zaniedbując przy tym domowych obowiązków wzorowej gospodyni oraz żony. Nic to, że zaczął jej dokuczać lekki zawrót głowy spowodowany przemęczeniem a zwłaszcza niewyspaniem, skoro i tak przewrócić się nie sposób, jak się człowiek wózka trzyma.
Zajęć przybywało, kalendarz się rozrastał, Młody chodził pod zegarek, pędząc co chwila samochodem, wózkiem czy na rękach do kolejnego punktu programu. Pobudka, śniadanie, spacer, lunch, nauka, ćwiczenia, obowiązkowe kilkanaście minut Cała Polska Czyta Dzieciom, kąpiel, bajka, sen, międzylądowanie i znów pobudka. Zasady są po to, żeby ich przestrzegać i dla buntowników miejsca na tym okręcie nie ma.
Miejska Mama chodziła dumna jak paw, chełpiąc się zorganizowaniem własnym
i zdyscyplinowanym dzieckiem. Do czasu.
Pierwszą rysą na portrecie idealnej matki stało się uzależnienie od niej syna. Młody dostawał dzikiej histerii jeśli w zasięgu wzroku nie było mamy. Cała rodzina, z Siostrą na czele, ruszyła na pomoc, dzielnie zastępując Miejską Mamę a wtedy Młody wrzeszczał, pluł i strzelał fochy. Nawet Idealny Tata zszedł łaskawie z piedestału swego ideału co by spędzić z Młodym Dzień Ojców i Synów.
Miejska Mama już się cieszyła, że zdołała zapobiec katastrofie wychowawczej, kiedy niespodziewanie dostała między oczy, i to bez znieczulania. Jej własny syn na kolanach ukochanej ciotki objawił nagle umiejętność jakiej po nim się nie śmiałą nawet spodziewać. Siostra, marnująca cenny czas współczesnej matki na przeglądanie książeczek i dywanowe zabawy ze swoimi synami, gardząca kalendarzem i uczulona na plany zapytała ukochanego siostrzeńca: gdzie jest krówka? Zrobiła to raz, drugi trzeci, do znudzenia, wskazując właściwą karykaturę krowy na obrazku. I w pewnym momencie, ku absolutnym osłupieniu Miejskiej Mamy u Młodego połączyły się obwody i z dumą wskazał cioci krowę! Sam! I tak nie po raz pierwszy zresztą Siostra - ukochana ciocia odkryła w siostrzeńcu możliwości, których istnienia zabiegana wokół siebie Miejska Mama nawet nie podejrzewała.
Miejska Mama tenże właśnie kardynalny błąd popełniła, i teraz spać po nocach nie może, bo ją wyrzuty sumienia zżerają.
Zaczęło się niewinnie od ustawiania kalendarza spotkań i zadań co tydzień. Zadziałało podręcznikowo: nie dość że Młody był wyspacerowany, zrehabilitowany, ba miał nawet organizowane domowe zajęcia rozwojowe rozpisywane na miesiąc z góry, to Miejska Mama miała czas co by zadbać o swoje ciało i ducha, nie zaniedbując przy tym domowych obowiązków wzorowej gospodyni oraz żony. Nic to, że zaczął jej dokuczać lekki zawrót głowy spowodowany przemęczeniem a zwłaszcza niewyspaniem, skoro i tak przewrócić się nie sposób, jak się człowiek wózka trzyma.
Zajęć przybywało, kalendarz się rozrastał, Młody chodził pod zegarek, pędząc co chwila samochodem, wózkiem czy na rękach do kolejnego punktu programu. Pobudka, śniadanie, spacer, lunch, nauka, ćwiczenia, obowiązkowe kilkanaście minut Cała Polska Czyta Dzieciom, kąpiel, bajka, sen, międzylądowanie i znów pobudka. Zasady są po to, żeby ich przestrzegać i dla buntowników miejsca na tym okręcie nie ma.
Miejska Mama chodziła dumna jak paw, chełpiąc się zorganizowaniem własnym
i zdyscyplinowanym dzieckiem. Do czasu.
Pierwszą rysą na portrecie idealnej matki stało się uzależnienie od niej syna. Młody dostawał dzikiej histerii jeśli w zasięgu wzroku nie było mamy. Cała rodzina, z Siostrą na czele, ruszyła na pomoc, dzielnie zastępując Miejską Mamę a wtedy Młody wrzeszczał, pluł i strzelał fochy. Nawet Idealny Tata zszedł łaskawie z piedestału swego ideału co by spędzić z Młodym Dzień Ojców i Synów.
Miejska Mama już się cieszyła, że zdołała zapobiec katastrofie wychowawczej, kiedy niespodziewanie dostała między oczy, i to bez znieczulania. Jej własny syn na kolanach ukochanej ciotki objawił nagle umiejętność jakiej po nim się nie śmiałą nawet spodziewać. Siostra, marnująca cenny czas współczesnej matki na przeglądanie książeczek i dywanowe zabawy ze swoimi synami, gardząca kalendarzem i uczulona na plany zapytała ukochanego siostrzeńca: gdzie jest krówka? Zrobiła to raz, drugi trzeci, do znudzenia, wskazując właściwą karykaturę krowy na obrazku. I w pewnym momencie, ku absolutnym osłupieniu Miejskiej Mamy u Młodego połączyły się obwody i z dumą wskazał cioci krowę! Sam! I tak nie po raz pierwszy zresztą Siostra - ukochana ciocia odkryła w siostrzeńcu możliwości, których istnienia zabiegana wokół siebie Miejska Mama nawet nie podejrzewała.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
