Wakacje: przywilej dzieci w wieku szkolnym i pracujących rodziców – to wniosek po przejrzeniu tegorocznej oferty miejskich „urlopowiczów”. Jeśli nie daj Boże z jakiś przyczyn rodzice kilkulatków zrezygnowali z wojaży nad Bałtyk czy pod Giewont prędzej czy później chodzido do nich że zostali na przysłowiowym lodzie. Bo:
-większość przedszkoli i żłobków jest co najwyżej w opcji dyżurującej
-place zabaw to pustynie samotności, po których jedyne co hula to wiatr
-z klubami dziecięcymi to samo, chyba, że pogoda nie dopisze, to dzieci owszem, są, ale w wersji „burzowej”
-wakacyjne rozrywki zwykle mają dopisek „od lat sześciu”
W zaistniałej sytuacji człowiek ma do wyboru albo się załamać i łkać w poduszkę po intensywnym dniu spędzonym z nieletnim terrorystą sam na sam, albo na gwałt szukać niani, rodziny nad morzem, dalekich, spragnionych kontaktu z dzieckiem kuzynów nad jeziorami, albo atmosferę wakacji ściągnąć na teren podwórka, chodnika i piaskownicy.
Miejska Mama, jako że nie przepada za postawą heroiczną, chętnie skorzystała z możliwości współdzielenia się wakacyjnymi dyżurami z innymi. Zgodnie z zasadą: im więcej dzieci tym mniej, dzień w dzień, dostosowując jedynie miejsce spotkań do pogody, stawia się na wakacyjne leniuchowanie. Są kocyki, i pikniki, kawa w klubie dziecięcym, kino, muzeum, czy wyprawa w nieznane. Zaopiekowane dzieci z wdzięcznością bawią się same, dzięki czemu jest czas i na internet, i na książkę, naukę czy rozmowę. Cztery-pięć godzin z dzieciarnią na placu zabaw załatwiają potrzebę wyszalenia kilkulatków, co procentuje w długie, letnie popołudnia. Zamiast całodziennego „maaaaamooooo”, „to! To!”, „nie chcę”, „nudzę się” itd. trzeba jedynie przyzwyczaić się do koncentracji dźwięku i wyrobić odruchy reagowania na potrzeby kilkorga dzieci naraz – rozdzielić na czas, przykleić plasterek, w porę zabronić. A tak to laba. Po prostu lato w mieście. Bez korków, zatruć, drenażu kieszeni.
18 lipca 2011
30 czerwca 2011
Wolny – z zegarkiem w reku
Wolność to możliwość dysponowania własnym czasem. A z tym podczas rodzicielstwa bywa różnie. Na dwadzieścia cztery godziny rodzicielskiej doby czyhają nieustannie dzieci, współmałżonkowie i tabuny osób trzecich żarłocznie domagających się uwagi. A co najgorsze – nie uwzględniające potrzeb czasowych rodziców. No bo co taka mama czy tata może? Siedzi z dzieckiem czas jej przelatuje między palcami, to się przecież dostosować może do „normalnych” osób.
Nie!
Nie może, nie musi, a czasem, dla zasady nie powinna.
Czas jest cenny, i każdemu należy się prawo do jego dysponowania. Owszem, bycie z ludźmi zakłada kompromisy, ale te wymagają obustronnego poszanowania dla wzajemnych potrzeb i możliwości. Miejskiej Mamy nic tak nie wkurza jak brak szacunku dla jej planów, umawianie się i porzucanie spotkań i zdziwienie, że jako matka wychowująca ma kalendarz i może być osobą zajętą, czy, no to już niesamowite, – Z-O-R-G-A-N-I-Z-O-W-A-N-Ą!
W domu Miejskiej Mamy na wszystko jest czas i miejsce. Każdy z domowników ma prawo do realizowania swoich celów ale musi tez uwzględniać potrzeby innych. Młody, owszem, ma zagwarantowane co najmniej trzy i pół godziny spacerów z mamą, półtorej godziny pedałowania lub wygłupów z tatą, regularnie podawane posiłki (choć nie zawsze w tych samych miejscach), stałe godziny snu, kąpieli. Ale wiszący na ścianie grafik dotyczy wszystkich. I zarówno Miejska Mama jak i Idealny Tata maja w nim zagwarantowane prawo do bycia samym ze sobą czy realizacji własnych planów, szczególnie tych nierodzicielskich. Jest czas zabawy, imprezowania, pracy i wypoczynku. Czas dla rodziny, przyjaciół czy znajomych – bo przecież nie żyjemy w getcie czterech ścian. I nie ma, że nie można, że się nie da – z czasem to jak z portfelem – wszystko musi się bilansować bo z przemęczonym, sfrustrowanym czy znudzonym członkiem rodziny nikt długo nie wytrzyma.
Dlatego Drogi Rodzicu jeśli ktoś wmawia Ci, że Twój czas nie jest ważny, że nie robisz przecież nic ważnego i że wszystko jest kwestią priorytetów (oczywiście tych „ważniejszych”, drugiej strony) to całuj go w nos i rób dalej swoje. Jeśli nie potrafi się dzielić czasem może nie warto mieć czas dla niego?
Nie!
Nie może, nie musi, a czasem, dla zasady nie powinna.
Czas jest cenny, i każdemu należy się prawo do jego dysponowania. Owszem, bycie z ludźmi zakłada kompromisy, ale te wymagają obustronnego poszanowania dla wzajemnych potrzeb i możliwości. Miejskiej Mamy nic tak nie wkurza jak brak szacunku dla jej planów, umawianie się i porzucanie spotkań i zdziwienie, że jako matka wychowująca ma kalendarz i może być osobą zajętą, czy, no to już niesamowite, – Z-O-R-G-A-N-I-Z-O-W-A-N-Ą!
W domu Miejskiej Mamy na wszystko jest czas i miejsce. Każdy z domowników ma prawo do realizowania swoich celów ale musi tez uwzględniać potrzeby innych. Młody, owszem, ma zagwarantowane co najmniej trzy i pół godziny spacerów z mamą, półtorej godziny pedałowania lub wygłupów z tatą, regularnie podawane posiłki (choć nie zawsze w tych samych miejscach), stałe godziny snu, kąpieli. Ale wiszący na ścianie grafik dotyczy wszystkich. I zarówno Miejska Mama jak i Idealny Tata maja w nim zagwarantowane prawo do bycia samym ze sobą czy realizacji własnych planów, szczególnie tych nierodzicielskich. Jest czas zabawy, imprezowania, pracy i wypoczynku. Czas dla rodziny, przyjaciół czy znajomych – bo przecież nie żyjemy w getcie czterech ścian. I nie ma, że nie można, że się nie da – z czasem to jak z portfelem – wszystko musi się bilansować bo z przemęczonym, sfrustrowanym czy znudzonym członkiem rodziny nikt długo nie wytrzyma.
Dlatego Drogi Rodzicu jeśli ktoś wmawia Ci, że Twój czas nie jest ważny, że nie robisz przecież nic ważnego i że wszystko jest kwestią priorytetów (oczywiście tych „ważniejszych”, drugiej strony) to całuj go w nos i rób dalej swoje. Jeśli nie potrafi się dzielić czasem może nie warto mieć czas dla niego?
18 czerwca 2011
Kabel niezgody
Chyba w każdym domu są takie punkty zapalne – nienaprawialne drzwi, niewymienialne Klamki, rzeczy, których zrobienie odkłada się na później...w nieskończoność. Kości małżeńskiej niezgody , takie nic, których załatwienie rozwiązałoby problemy na zawsze, ale jakość załatwić ich się nie da. Każdy remont, kolejna awaria czy małżeńska sprzeczka bezlitośnie wyciągają zarazę na wierzch, boleśnie przypominając o jej istnieniu.
W domu Miejskiej Mamy to kabel, który raz wisi, raz spada na mieszkańców znienacka, a do którego naprawy wystarczą dwa gwoździki i młotek. Jakakolwiek próba samodzielnej naprawy przez Miejską Mamę skazana jest na dziką awanturę, że się baba miesza, że nie potrafi, że zepsuje (ciekawie jak „bardziej” można to zepsuć?), że podważa autorytet, zniechęca do dalszych działań. Jednocześnie Idealny Tata palcem nie kiwnie, co by rzeczoną usterkę naprawić – bo na co by Miejska Mama miała wtedy narzekać? Jeszcze jakieś dyrdymały w głowie się jej zalęgną.
W domu Miejskiej Mamy to kabel, który raz wisi, raz spada na mieszkańców znienacka, a do którego naprawy wystarczą dwa gwoździki i młotek. Jakakolwiek próba samodzielnej naprawy przez Miejską Mamę skazana jest na dziką awanturę, że się baba miesza, że nie potrafi, że zepsuje (ciekawie jak „bardziej” można to zepsuć?), że podważa autorytet, zniechęca do dalszych działań. Jednocześnie Idealny Tata palcem nie kiwnie, co by rzeczoną usterkę naprawić – bo na co by Miejska Mama miała wtedy narzekać? Jeszcze jakieś dyrdymały w głowie się jej zalęgną.
15 czerwca 2011
Zabierzcie łapy ode mnie!
Są takie chwile w życiu matki, kiedy czuje się osaczona. Z każdej strony wyciągają się do niej ręce: małe łapki dzieci, silne ramiona męża. Przytul, obejmij, dotknij, pocałuj, wytrzyj, potrzymaj. Ciało matki przestaje być jej, zanika wszelka granica intymności, znika jakiekolwiek poczucie komfortu psychicznego. Ciał jest za wiele, zbyt blisko, zbyt natrętnie. Nic tylko brać nogi za pas!
Miejska Mama przez chwilę miała wyrzuty sumienia, że ostatnio taka nietykalska się zrobiła. Młody podąża za nią krok w krok, gdzie ona się połozy, tam i on, gdzie przysiądzie – siada i syn, głośno oznajmiając, że było to jego miejsce, ale że maja tu siadać razem. Stęskniony Idealny Tata też podąża krok w krok, przysiadając się z drugiej strony. A o nogi ociera się kot, płaczliwie domagając się uwagi swojej pani. No bo jak wszyscy to wszyscy i kocica też!
A już najgorsze są noce. Łózko szerokości stu sześćdziesięciu centymetrów musi pomieścić: rozpychającego się Idealnego Tate, rozpychającego si Młodego, który nad ranem, we śnie, przytuptuje do sypialni rodziców, rozpychająca się na brzuchu Miejskiej Mamy kocicę, i tańczącą reggae siostrę Młodego, tymczasowo w brzuchu. Miejska, gniecie się pośrodku tej całej menażerii , jak szprotka King Size w puszce, a tu wszystko drętwieje, uwiera, i jeszcze ciążowa potrzeba przestrzeni życiowej – całych hektarów na brzuch i wiercące się nienarodzone. Ale nic z tego – ruszyć kobieta się nie może bo Młody odwarknie, Idealny Tata zamarudzi a kot ostentacyjnie zacznie skakać po meblach, za to że mu sen zakłócają.
Wyrzuty sumienia minęły, kiedy Miejska Mama usłyszała o matkach zamykających się w pokoju, żeby choć przez chwile pobyć same ze sobą, o podobnych jej kobietach nocą wymykających się do pustych łóżek swoich dzieci migrujących do sypialni rodziców, o rodzicielkach które choć raz w miesiącu muszą, bo inaczej nie dają rady, wyjechać z domu, gdzieś, gdzie będzie własne łóżko, a zbawienny brak bliskich pozwoli choć na chwile przypomnieć sobie o naturalnych granicach, jakie miały przed założeniem rodziny. I dobrze – choć na chwile ich ciało należy tylko do nich. Chyba, że tymczasowo znów są w ciąży...
Miejska Mama przez chwilę miała wyrzuty sumienia, że ostatnio taka nietykalska się zrobiła. Młody podąża za nią krok w krok, gdzie ona się połozy, tam i on, gdzie przysiądzie – siada i syn, głośno oznajmiając, że było to jego miejsce, ale że maja tu siadać razem. Stęskniony Idealny Tata też podąża krok w krok, przysiadając się z drugiej strony. A o nogi ociera się kot, płaczliwie domagając się uwagi swojej pani. No bo jak wszyscy to wszyscy i kocica też!
A już najgorsze są noce. Łózko szerokości stu sześćdziesięciu centymetrów musi pomieścić: rozpychającego się Idealnego Tate, rozpychającego si Młodego, który nad ranem, we śnie, przytuptuje do sypialni rodziców, rozpychająca się na brzuchu Miejskiej Mamy kocicę, i tańczącą reggae siostrę Młodego, tymczasowo w brzuchu. Miejska, gniecie się pośrodku tej całej menażerii , jak szprotka King Size w puszce, a tu wszystko drętwieje, uwiera, i jeszcze ciążowa potrzeba przestrzeni życiowej – całych hektarów na brzuch i wiercące się nienarodzone. Ale nic z tego – ruszyć kobieta się nie może bo Młody odwarknie, Idealny Tata zamarudzi a kot ostentacyjnie zacznie skakać po meblach, za to że mu sen zakłócają.
Wyrzuty sumienia minęły, kiedy Miejska Mama usłyszała o matkach zamykających się w pokoju, żeby choć przez chwile pobyć same ze sobą, o podobnych jej kobietach nocą wymykających się do pustych łóżek swoich dzieci migrujących do sypialni rodziców, o rodzicielkach które choć raz w miesiącu muszą, bo inaczej nie dają rady, wyjechać z domu, gdzieś, gdzie będzie własne łóżko, a zbawienny brak bliskich pozwoli choć na chwile przypomnieć sobie o naturalnych granicach, jakie miały przed założeniem rodziny. I dobrze – choć na chwile ich ciało należy tylko do nich. Chyba, że tymczasowo znów są w ciąży...
29 maja 2011
Zamiast życzeń (i to spóźnionych) na Dzień Matki
Być matką to brzmi dumnie. I na takiej dumie często się kończy, kiedy matce do głowy
przychodzi cała lista zadań jakie kryją się pod tym słowem, litania wyrzeczeń, kompromisów i obowiązków. I użeraj się tu człowieku przez 360 dni w roku za jednodniowe święto: kwiatek w łapę, obowiązkowa laurka i teatrzyk, do którego obdarowywana dwie noce wcześniej musiała wcześniej dziergać kostium dla ukochanej latorośli.
No pewnie, że się kobiecina wzruszy, jak własne dziecko łamiącym się głosem zawodzi „dla mamyyyy te kwiatkiii dla mammmmy”. Wzruszy się, łezkę obetrze i w kierat: zrób kolację, połóż dzieci, nadrób robotę. Chciało się mieć dzieci to się je ma. I tyle sentymentów.
Ale, jeśli choć na chwilę matkę zatrzymać, wyrwać z utartych schematów poświęcania się dla rodziny, dobra wyższego męża i dzieci, zmusić do myślenia to okazuje się, że macierzyństwo daje matkom naprawdę wiele. Miejska Mama ze znajomymi rodzicami zrobiła listę, a na niej znalazły się:
nowy sens życia,
- przyjemność z obserwacji jak dziecko się rozwija,
- bogatsze życie towarzyskie, a przynajmniej nowe twarze wokół, do których kluczem okazały się być dzieci,
- przyjemność ze wspólnie spędzanego czasu,
- zmiana prędkości pozwalająca zauważyć świat, często do tej pory niewidoczny, odkryć nieznane przyjemności,
- odkrywanie w dziecku siebie i ukochanej osoby, powielenie jej w innym ciele,
- przyjemność dotyku, wtulania się w dziecko
- dzieci jako powód do dumy – ja je urodziłam, ja je wychowałam,
- możliwość ponownego przeżycia dzieciństwa, tym razem bez ograniczeń, takiego o jakim się w dzieciństwie marzyło,
- odkrywanie nowych umiejętności u dziecka, ale również u siebie, w nowej sytuacji
- siła i większy dystans do ludzi, dzięki refleksji, że skoro wszyscy przechodziliśmy przez te same etapy pieluch, niemocy, brak umiejętności, to na swój sposób jesteśmy sobie równi,
- możliwość odkrywania świata na nowo, będąc wolnym od wyuczonych ocen i opinii,
- porządkowanie systemu wartości,
- miłość i podziw,
- rodzina z perspektywą posiadania wnuków włącznie,
- możliwość przełamywania własnych słabości, kiedy niemożliwe staje się możliwe,
Wymieniać można by jeszcze wiele, bo każda matka, każdy rodzic ma z pewnością jeszcze spory bagaż profitów z macierzyństwa, których co prawda na co dzień się nie dostrzega, ale bez których życie byłoby znacznie mniej przyjemne.
przychodzi cała lista zadań jakie kryją się pod tym słowem, litania wyrzeczeń, kompromisów i obowiązków. I użeraj się tu człowieku przez 360 dni w roku za jednodniowe święto: kwiatek w łapę, obowiązkowa laurka i teatrzyk, do którego obdarowywana dwie noce wcześniej musiała wcześniej dziergać kostium dla ukochanej latorośli.
No pewnie, że się kobiecina wzruszy, jak własne dziecko łamiącym się głosem zawodzi „dla mamyyyy te kwiatkiii dla mammmmy”. Wzruszy się, łezkę obetrze i w kierat: zrób kolację, połóż dzieci, nadrób robotę. Chciało się mieć dzieci to się je ma. I tyle sentymentów.
Ale, jeśli choć na chwilę matkę zatrzymać, wyrwać z utartych schematów poświęcania się dla rodziny, dobra wyższego męża i dzieci, zmusić do myślenia to okazuje się, że macierzyństwo daje matkom naprawdę wiele. Miejska Mama ze znajomymi rodzicami zrobiła listę, a na niej znalazły się:
nowy sens życia,
- przyjemność z obserwacji jak dziecko się rozwija,
- bogatsze życie towarzyskie, a przynajmniej nowe twarze wokół, do których kluczem okazały się być dzieci,
- przyjemność ze wspólnie spędzanego czasu,
- zmiana prędkości pozwalająca zauważyć świat, często do tej pory niewidoczny, odkryć nieznane przyjemności,
- odkrywanie w dziecku siebie i ukochanej osoby, powielenie jej w innym ciele,
- przyjemność dotyku, wtulania się w dziecko
- dzieci jako powód do dumy – ja je urodziłam, ja je wychowałam,
- możliwość ponownego przeżycia dzieciństwa, tym razem bez ograniczeń, takiego o jakim się w dzieciństwie marzyło,
- odkrywanie nowych umiejętności u dziecka, ale również u siebie, w nowej sytuacji
- siła i większy dystans do ludzi, dzięki refleksji, że skoro wszyscy przechodziliśmy przez te same etapy pieluch, niemocy, brak umiejętności, to na swój sposób jesteśmy sobie równi,
- możliwość odkrywania świata na nowo, będąc wolnym od wyuczonych ocen i opinii,
- porządkowanie systemu wartości,
- miłość i podziw,
- rodzina z perspektywą posiadania wnuków włącznie,
- możliwość przełamywania własnych słabości, kiedy niemożliwe staje się możliwe,
Wymieniać można by jeszcze wiele, bo każda matka, każdy rodzic ma z pewnością jeszcze spory bagaż profitów z macierzyństwa, których co prawda na co dzień się nie dostrzega, ale bez których życie byłoby znacznie mniej przyjemne.
19 maja 2011
Względność czasu
Droga Mamo, Drogi Tato, zamiast frustrować się brakiem wolnego czasu, zastanów – czy naprawdę go nie masz, bo doba za krótka, czy też nie potrafisz go wydrzeć z dwudziestoczterogodzinnego maratonu bądź po prostu nie umiesz go sobie wywalczyć? Miejska Mama z zaskoczeniem ostatnio odkryła, a co więcej, sprawdziła, że to nie jednostkowy przypadek, że czas wolny, tak jak sen, można sobie wytrenować do wykorzystywania wszędzie i zawsze. I jakie to wygodne!
Taki na przykład Idealny Tata frustruje się, marudzi, że brak mu czasu wolnego, co by się po etatowym maratonie mógł odkręcić. A jak nawet taki czas ma, to się biedak miota, na co go wykorzystać. Myśli, planuje, dywaguje i...z tego wszystkiego pada na twarz i zasypia.
Miejska Mama takich dylematów nie ma. Kiedy „czas pracy” liczy się w latach a nie godzinach, ambicje cisną a głód towarzyski zasysa, trudno w czasie doby znaleźć chwilę dla siebie. I na co by taki czas wykorzystać, kiedy planów co nie miara? A jednak...dla chcącego nic trudnego. Okazuje się, że rodzic tak jak umiejętność spania zawsze i wszędzie może wyćwiczyć również zdolność wykorzystywania wolnej chwili – w każdej nadarzającej się sekundzie. Kiedy? - na placu zabaw, kiedy Młody bawi się w najlepsze, w domu, kiedy syn śpi lub szaleje, na spacerze, popychając wózek lub czekając godzinami aż pierworodny przestanie kontemplować przystanek autobusowy, śmietnik, czy samochód, w łazience, podczas wieczornej kąpieli dziecka – zawsze kiedy tylko ku temu nadarzy się okazja. W przepastnej maminej torbie Miejska Mama taszczy więc książkę, podręcznik, laptopa, telefony, notesy, notatnik – wszystko to, co potrzebne jest jej do szczęścia, żeby zrealizować własne, hedonistyczne cele.
Że to mało? Że rwane? Że nie wystarczy? - ależ skąd! Po raz pierwszy w życiu Miejska Mama naprawdę potrafi do ostatniej sekundy wykorzystać każdą cenną chwilę jaką może poświecić tylko na siebie. A o tym, że starcza świadczy stos przeczytanych książek, napisanych tekstów i wymyślonych pomysłów.
Konkluzja: nie warto liczyć na czas wolny, tylko brać co dają, choć oczywiście miło by było czasem dysponować całym dniem wolnym dla siebie. Pytanie tylko co z takim gromem czasu zrobić, żeby go nie zmarnować?
Taki na przykład Idealny Tata frustruje się, marudzi, że brak mu czasu wolnego, co by się po etatowym maratonie mógł odkręcić. A jak nawet taki czas ma, to się biedak miota, na co go wykorzystać. Myśli, planuje, dywaguje i...z tego wszystkiego pada na twarz i zasypia.
Miejska Mama takich dylematów nie ma. Kiedy „czas pracy” liczy się w latach a nie godzinach, ambicje cisną a głód towarzyski zasysa, trudno w czasie doby znaleźć chwilę dla siebie. I na co by taki czas wykorzystać, kiedy planów co nie miara? A jednak...dla chcącego nic trudnego. Okazuje się, że rodzic tak jak umiejętność spania zawsze i wszędzie może wyćwiczyć również zdolność wykorzystywania wolnej chwili – w każdej nadarzającej się sekundzie. Kiedy? - na placu zabaw, kiedy Młody bawi się w najlepsze, w domu, kiedy syn śpi lub szaleje, na spacerze, popychając wózek lub czekając godzinami aż pierworodny przestanie kontemplować przystanek autobusowy, śmietnik, czy samochód, w łazience, podczas wieczornej kąpieli dziecka – zawsze kiedy tylko ku temu nadarzy się okazja. W przepastnej maminej torbie Miejska Mama taszczy więc książkę, podręcznik, laptopa, telefony, notesy, notatnik – wszystko to, co potrzebne jest jej do szczęścia, żeby zrealizować własne, hedonistyczne cele.
Że to mało? Że rwane? Że nie wystarczy? - ależ skąd! Po raz pierwszy w życiu Miejska Mama naprawdę potrafi do ostatniej sekundy wykorzystać każdą cenną chwilę jaką może poświecić tylko na siebie. A o tym, że starcza świadczy stos przeczytanych książek, napisanych tekstów i wymyślonych pomysłów.
Konkluzja: nie warto liczyć na czas wolny, tylko brać co dają, choć oczywiście miło by było czasem dysponować całym dniem wolnym dla siebie. Pytanie tylko co z takim gromem czasu zrobić, żeby go nie zmarnować?
11 maja 2011
Winna!
Jesteś matką - zakałą społeczeństwa, wrzodem na sprawnie działającym systemie, darmozjadem. Nie umiesz nic, nie robisz nic, ciągle przeszkadzasz. I jeszcze nie chcesz rodzić więcej dzieci!
Pozycja matki w naszym społeczeństwie jest dość schizofreniczna. Z jednej strony do kobiet apeluje się o masową rozrodczość, która podobno ma uratować kraj od klęski. Z drugiej – matka jest osobą drugiej kategorii, niepełnosprawną, którą, przynajmniej obdarza się przywilejami, z których nie wolno jej jednak korzystać.
Miejska Mama wręcz krępuje się pojawiać z pokaźnym brzuchem w supermarkecie. Jeśli nie stanie w kolejce uprzywilejowanej, to pretensje są głównie o to, że za wolno się porusza, za wolno koszyk wyładowuje i czemu jeszcze nie przegotowała portfela do zapłaty. Gruba, opasła baba – po sklepach jej się zachciało łazić. A pojawienie się z dzieckiem przy kasie to już tragedia: bo krzyczy, bo dotyka, bo pospiesza. Babo, jak masz dzieci to siedź w domu lub w piaskownicy, gdzie twoje miejsce!
Jeśli zaś nie daj Boże w tym samym supermarkecie Miejska Mama z Młodym, czy nawet solo w wersji „duble”, przyczłapie się do kasy uprzywilejowanej, natychmiast zostanie zmieszana z błotem lub zmrożona spojrzeniem. Biznesmen z Dalekiego Wschodu, co w branży gastronomicznej robi, popychając wózek wyładowany po brzegi frytkami, cebulą, kurczakiem i cukrem waniliowym (po co im tyle cukru?) będzie próbował ją rozjechać, bacznie uważając, żeby nie zauważyć potężnej ciąży. Nieznajoma, zadbana
z opalenizną salonową, bynajmniej bez wózka czy ciąży będzie wrzeszczeć i uskarżać, że kiedy ona miała dzieci, nikt jej nie ustępował, to dlaczego ona by teraz miała zwracać uwagę na to czy kasa jest dla zwyklaków” czy „ciężarówek”.
Obsługa takowego sklepu, choćby się stało pod kasą z pierwszeństwem, najpierw w panice będzie szukać owej kasy po całym sklepie (ręce opadają) po czym uda że nie widzi młodych i hożych mężczyzn, którzy niemal biegną do kolejki żeby zdążyć w uprzywilejowanej” zająć miejsce przed przyszłą matką.
W supermarkecie niedobrze, w komunikacji miejskiej jeszcze gorzej! Bo to oburzające, że matka chce wózek postawić na miejscu do tego przeznaczonym, a zwykle zajętym przez różnych „staczy”, co im z wózkowej zatoczki bliżej do wyjścia. Bo ciężarna czasem nie wystoi i poprosi o miejsce, bezczelna jedna. Bo dziecko chce posadzić, żeby móc łatwiej równowagę z brzuchem złapać, a takie dziecko to i gada i się wierci, współpasażerom przeszkadza.
W urzędzie Miejska Mama się dowiedziała, kiedy została wyciągnięta przez urzędników z kolejki, i postawiona na początku (nawet się wzbraniała, ale była przewaga liczebna), że „wykorzystuje” brzuch i specjalnie takie godziny sobie wybrała, żeby ludzi wkurzać, co ciężko na chleb pracują.
Ukoronowaniem była rozmowa dotycząca kościoła, a dokładniej – skandalicznego faktu, że Miejska Mama do kościoła z dwulatkiem chodzi i to w ciąży i: raz, że hipokrytka jest bo z dzieckiem modlić się przecież nie można, tylko się innym wiernym przeszkadza, i jak się ma dzieci, to lepiej w domu siedzieć; a dwa: kościół nie dla kobiet w ciąży, bo one tylko sapią i łypią co by kogoś podsiąść.
Miejska Mama pisała już o amnezji, dzięki której błogosławieństwu kobiety godzą się na rodzicielską recydywę. Czasem jednak amnezja działa przeciw dzieciom – jak się trafia na ludzi, co i dzieci mają i nawet wnuki, i robią wszystko co by matkom życie utrudnić nie pamiętając jak to było u nich.
Pozycja matki w naszym społeczeństwie jest dość schizofreniczna. Z jednej strony do kobiet apeluje się o masową rozrodczość, która podobno ma uratować kraj od klęski. Z drugiej – matka jest osobą drugiej kategorii, niepełnosprawną, którą, przynajmniej obdarza się przywilejami, z których nie wolno jej jednak korzystać.
Miejska Mama wręcz krępuje się pojawiać z pokaźnym brzuchem w supermarkecie. Jeśli nie stanie w kolejce uprzywilejowanej, to pretensje są głównie o to, że za wolno się porusza, za wolno koszyk wyładowuje i czemu jeszcze nie przegotowała portfela do zapłaty. Gruba, opasła baba – po sklepach jej się zachciało łazić. A pojawienie się z dzieckiem przy kasie to już tragedia: bo krzyczy, bo dotyka, bo pospiesza. Babo, jak masz dzieci to siedź w domu lub w piaskownicy, gdzie twoje miejsce!
Jeśli zaś nie daj Boże w tym samym supermarkecie Miejska Mama z Młodym, czy nawet solo w wersji „duble”, przyczłapie się do kasy uprzywilejowanej, natychmiast zostanie zmieszana z błotem lub zmrożona spojrzeniem. Biznesmen z Dalekiego Wschodu, co w branży gastronomicznej robi, popychając wózek wyładowany po brzegi frytkami, cebulą, kurczakiem i cukrem waniliowym (po co im tyle cukru?) będzie próbował ją rozjechać, bacznie uważając, żeby nie zauważyć potężnej ciąży. Nieznajoma, zadbana
z opalenizną salonową, bynajmniej bez wózka czy ciąży będzie wrzeszczeć i uskarżać, że kiedy ona miała dzieci, nikt jej nie ustępował, to dlaczego ona by teraz miała zwracać uwagę na to czy kasa jest dla zwyklaków” czy „ciężarówek”.
Obsługa takowego sklepu, choćby się stało pod kasą z pierwszeństwem, najpierw w panice będzie szukać owej kasy po całym sklepie (ręce opadają) po czym uda że nie widzi młodych i hożych mężczyzn, którzy niemal biegną do kolejki żeby zdążyć w uprzywilejowanej” zająć miejsce przed przyszłą matką.
W supermarkecie niedobrze, w komunikacji miejskiej jeszcze gorzej! Bo to oburzające, że matka chce wózek postawić na miejscu do tego przeznaczonym, a zwykle zajętym przez różnych „staczy”, co im z wózkowej zatoczki bliżej do wyjścia. Bo ciężarna czasem nie wystoi i poprosi o miejsce, bezczelna jedna. Bo dziecko chce posadzić, żeby móc łatwiej równowagę z brzuchem złapać, a takie dziecko to i gada i się wierci, współpasażerom przeszkadza.
W urzędzie Miejska Mama się dowiedziała, kiedy została wyciągnięta przez urzędników z kolejki, i postawiona na początku (nawet się wzbraniała, ale była przewaga liczebna), że „wykorzystuje” brzuch i specjalnie takie godziny sobie wybrała, żeby ludzi wkurzać, co ciężko na chleb pracują.
Ukoronowaniem była rozmowa dotycząca kościoła, a dokładniej – skandalicznego faktu, że Miejska Mama do kościoła z dwulatkiem chodzi i to w ciąży i: raz, że hipokrytka jest bo z dzieckiem modlić się przecież nie można, tylko się innym wiernym przeszkadza, i jak się ma dzieci, to lepiej w domu siedzieć; a dwa: kościół nie dla kobiet w ciąży, bo one tylko sapią i łypią co by kogoś podsiąść.
Miejska Mama pisała już o amnezji, dzięki której błogosławieństwu kobiety godzą się na rodzicielską recydywę. Czasem jednak amnezja działa przeciw dzieciom – jak się trafia na ludzi, co i dzieci mają i nawet wnuki, i robią wszystko co by matkom życie utrudnić nie pamiętając jak to było u nich.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
