Miejską Mamę absolutnie dobija szczucie ideologiczne matek. Raz dowiadują się, że są pasożytami społecznymi, bo siedzą w domach, chwilę później, że są zimno kalkulującymi karierowiczkami, bo dzieci porzucają i do pracy idą. Raz naukowcy udowadniają, że dziecko oderwane od matki przed trzecim rokiem życia ma szanse skończyć jako debil lub degenerat, innym, że nie oddane do placówki wychowawczej zdziczeje, wyrośnie na egoistę i aspołecznego wyrzutka.
Ustalmy – ideolodzy mówią o wyborach. Świadomych. A ile kobiet tak naprawdę wybiera? Liczba matek z wyborem jest ograniczona, bo: albo nie mają kasy, żeby wychowywać samodzielnie, i muszą oddać do żłobka, niani, babci, czy kto tam się zgodzi, albo: zwolnili je z pracy i nie mają gdzie wrócić, albo jeszcze nie zwolnili ale zwolnić mogą, albo nie maja kasy na żłobek, nianię, a dzieckiem ktoś zająć się musi.
To raz. Dwa - te które mają wybór zawsze za niego płacą. Albo własnymi ambicjami, albo tęsknotą. Kwestia osobowa, jak długo trwa adaptacja.
Trzy. Nikt nie pyta, dlaczego ojcowie nie biorą udziału w tych wyborach. Że więcej zarabiają? O ile? Tak realnie? Miejska Mama zna ojców, którzy poświęcili własne kariery, zdegradowali się niejako społecznie i siedzą po piaskownicach. Stale, albo na część etatu. Bo tak ustalili z partnerkami. Bo sami tez chcieli mieć te dzieci i świadomi byli kosztów, jakie poniesie za to rodzina. W czym są gorsi mężczyźni, że odbiera im się prawa w byciu podmiotem tak ważnej dyskusji?
Cztery – Miejska Mama sądzi, że liczba kobiet zmuszanych do urodzenia dziecka to margines. Same się na to decydujemy z właściwych sobie, indywidualnych powodów. Decydując się na ciążę, decydujemy się na jej możliwe konsekwencję. Live is brutal and full of zasadzkas. Oczywiście, bywa tak, że plany sobie a realia sobie, o czym kto jak kto, ale Miejska Mama wie doskonale. To co ratuje rodziny w takich sytuacjach nazywa się „zdolności adaptacyjne”. Ideologie są na dalszym planie. Ale boli, kiedy za decyzje, nie zawsze własne, kobiety są metkowane – w jedną lub druga stronę.
Pięć – zakładanie a priori, że kobiety robią sobie dzieci dla przerwy w pracy, z chęci ucieczki przed obowiązkami zawodowymi, jest równie chore jak przypuszczanie, że robią to wyłącznie z czysto egoistycznych pobudek, po czym „produkt” oddają w obce ręce. Statystyki pewnie takie przypadki wykażą, ale raczej trudno je znaleźć w realu.
Sześć – kobiety nie chcą rodzić dzieci bo ich na to nie stać. Ile z Was liczyło kasę zanim zaszło w ciążę? Miejska Mama zna różne rodziny – i liczne i jedynakowe, patologiczne i takie, które sama sobie stawia za wzór. Kasa, to kwestia drugorzędna i raczej jej deficyty zauważa się po przyjściu na świat dziecka, a nie przed. A kolejne dziecko...to już inna skala wydatków, bo i potrzeby są inne. Nie ma takich samych rodzin, każda ma swoje priorytety i brak pieniędzy Miejskiej Mamy jakoś nie przekonuje. Kwestia wyborów.
Siedem – kobiety kobietom zgotowały ten los. Panowie raczej pozostają w cieniu. Nikt tak nie szczuje ideologicznie matek jak inne matki. Co która wybrała, lub los wybrał, taki model lansuje, uważając za „najlepsiejszy”. Nie popatrzy na konteksty, nie zastanowi się nad własną ceną – moje jest lepsze. A może to właśnie kwestia kompleksów?
Osiem – jeśli rzeczywiście, dla dobra dziecka (dobro matki jest już tradycyjnie pomijane) opieka domowa powinna trwać dłużej lub krócej, to dlaczego do właściwej ideologii nie dopasuje się długości urlopów macierzyńskich i wychowawczych? Aaaaa?
W najbliższym czasie czeka Polskę, a zwłaszcza Polki, walka o ich macice i życiowe cele. Wiadomo – ktoś ten naród wykarmić musi. Żeby zachować zdrowy rozsądek i nie popaść w skrajności czy frustracje warto pamiętać, że chodzi tylko i wyłącznie o wspólną kasę. Ideologia, realia społeczne, własne wybory są tylko narzędziami. Mogliby się wreszcie odczepić, przestać perfidnie grać na emocjach kobiet.
17 marca 2011
10 marca 2011
Bać się czy nie bać?
Polskie nianie są drogie, niekompetentne, przypadkowe – wynika z opinii ekspertów, przeprowadzonych badań i doniesień medialnych. To albo osoby niedojrzałe do wychowywania dzieci – studentki, albo osoby przejrzałe – emerytki. Nie mają odpowiednich kursów, badań, a często i rekomendacji Zdaniem guru niań w Polsce powinny mieć przynajmniej stempelek sanepidu, zaświadczenie o szkoleniu z pierwszej pomocy, papiery, że się doszkalają z dzieci. Nie mają. Nie chcą mieć. Na szkolenia nie chcą chodzić. Bo po co – bycie nianią traktują jako pracę dodatkową, tymczasową, na czarno. I nie chcą tego zmieniać. A jak nawet, to nie za takie pieniądze, jak mają. A mało nie mają, biorąc pod uwagę wydatki znanych Miejskiej Mamie rodziców.
Ale jednak rodzice je zatrudniają. Często bez referencji, bez dogłębnej rozmowy na temat światopoglądu niani, jej pomysłów wychowawczych, bez choćby propozycji, co by spotkać się w domu niani i zobaczyć z kim naprawdę rodzic zostawi swoje dziecko. I nie ma się co potem dziwić, że dzieci są zaniedbane, stresowane, niedopilnowane. Drodzy rodzice – macie co chcecie. Jeżeli kryterium wyboru niani jest jej dostępność czasowa i jak najniższa cena, to nie ma co oczekiwać Mary Poppins.
Z drugiej jednak strony Miejska Mama się nie dziwi zdesperowanym rodzicom. Pracować muszą, rodziny często w miejscu zamieszkania nie maja, żeby im dziecka dopilnowała, edukacja początkowa, na poziomie żłobka to finansowy koszmar. Dwu semestralne czesne na uniwersytecie jest niższe niż roczna opieka nad roczniakiem! I dobrze, jeśli się miejsce znajdzie! Więc muszą te dzieci gdzieś wcisnąć, komuś podrzucić. Niania wydaje się być najlepszą opcją.
To co najbardziej Miejską Mamę boli, to ocena pracy wykonywanej przy dziecku, która cichaczem wychodzi przy okazji rozwodzenia się nad wątpliwej jakości nianiami. Pieniądze, pieniędzmi, ale tak naprawdę niewielu rodzicom przychodzi do głowy zastanawiać się nad kompetencjami opiekunki do dziecka, bo przecież ona „tylko siedzi z dzieckiem”! Jakie wychowanie? Jaka edukacja od najmłodszych lat, odpowiedzialność za kształtowanie małego człowieka? A kogo to obchodzi?! Dziecko to piaskownica, butelka, pielucha, kaszka, zmiana mokrych spodenek i tyle. Zamiast czepiać się tylko niań (choć na prawdę chyba warto sobie przemyśleć temat) może lepiej wziąć pod lupę wyobrażenia i ocenę matek i nie-matek spędzających czas z dzieckiem non-stop.
Ale jednak rodzice je zatrudniają. Często bez referencji, bez dogłębnej rozmowy na temat światopoglądu niani, jej pomysłów wychowawczych, bez choćby propozycji, co by spotkać się w domu niani i zobaczyć z kim naprawdę rodzic zostawi swoje dziecko. I nie ma się co potem dziwić, że dzieci są zaniedbane, stresowane, niedopilnowane. Drodzy rodzice – macie co chcecie. Jeżeli kryterium wyboru niani jest jej dostępność czasowa i jak najniższa cena, to nie ma co oczekiwać Mary Poppins.
Z drugiej jednak strony Miejska Mama się nie dziwi zdesperowanym rodzicom. Pracować muszą, rodziny często w miejscu zamieszkania nie maja, żeby im dziecka dopilnowała, edukacja początkowa, na poziomie żłobka to finansowy koszmar. Dwu semestralne czesne na uniwersytecie jest niższe niż roczna opieka nad roczniakiem! I dobrze, jeśli się miejsce znajdzie! Więc muszą te dzieci gdzieś wcisnąć, komuś podrzucić. Niania wydaje się być najlepszą opcją.
To co najbardziej Miejską Mamę boli, to ocena pracy wykonywanej przy dziecku, która cichaczem wychodzi przy okazji rozwodzenia się nad wątpliwej jakości nianiami. Pieniądze, pieniędzmi, ale tak naprawdę niewielu rodzicom przychodzi do głowy zastanawiać się nad kompetencjami opiekunki do dziecka, bo przecież ona „tylko siedzi z dzieckiem”! Jakie wychowanie? Jaka edukacja od najmłodszych lat, odpowiedzialność za kształtowanie małego człowieka? A kogo to obchodzi?! Dziecko to piaskownica, butelka, pielucha, kaszka, zmiana mokrych spodenek i tyle. Zamiast czepiać się tylko niań (choć na prawdę chyba warto sobie przemyśleć temat) może lepiej wziąć pod lupę wyobrażenia i ocenę matek i nie-matek spędzających czas z dzieckiem non-stop.
25 lutego 2011
Cena samodzielności
Z tym, że wychowanie bez umiejętności kuchenno-porządkowych powinno podchodzić pod zbrodnie przeciwko ludzkości, zgodzi się wielu, a z pewnością rzesze młodych mężatek, które od teściowej w ramach prezentu ślubnego dostały upośledzonego męża. Ten ani nie ugotuje, ba czasem nawet herbaty nie zrobi, ani nie sprzątnie, tyle co śmieci wyrzuci, bo śmierdzą, a naczynia zmyje, o ile żona mu zmywarkę załaduje i przypomni o jej obecności w kuchni. Za faceta-trutnia domowego jego kochaną mamusię należy postawić pod sąd wojenny, albo niech się synalek babą na starość opiekuje, to sobie kobieta do ostatnich dni będzie wypominać co zrobiła.
Ponieważ Miejska Mama tak źle sobie nie życzy, szkolenie Młodego postanowiła rozpocząć możliwie najwcześniej czyli od chwili kiedy zdolności ruchowe dziecka na to pozwalały. Sprzątanie, słanie, wyrzucanie śmieci to pikuś, w porównaniu z karmieniem kota czy asystowaniem przy gotowaniu. Miejska Mama po miesiącach doświadczeń wie już, ze z wprowadzaniem tego poziomu usamodzielniania warto poczekać albo do chwili kiedy refleks matki będzie równy prędkości eksperymentów dziecka, albo do czasu kiedy po wygraniu w Lotto, bogatsza o kilka milionów matka postanowi regularnie wymieniać zastawę stołową oraz zmieniać często aranżacje kuchni.
Mimo tych drobnych niedogodności etap wspólnego zajmowania kuchni należy uznać za bardzo atrakcyjny. Gotujący rodzice zyskują wiele nowych umiejętności. Kucharząc z dzieckiem pod bokiem, które za wszelka cenę tez chce mieszać, siekać i przyprawiać, doświadczony rodzic wie, ile czasu ma na przygotowanie posiłku, zanim trafią do niego obierki z cebuli, skorupki jajek lub ziemia z doniczki z pietruszką. Każdy ratownik przyzna takim ojcom i matkom wyróżnienie za sprawne gaszenie pożaru i wzorową pracę z materiałami łatwopalnymi, jak tłuszcz i dziecko razem wzięte. Dzięki maleńkim, ciekawskim rączkom rodzice będą zmuszeni wzorowo zorganizować swoją kuchnię, a już z pewnością zaczną skrupulatnie przestrzegać terminowego przeglądu lodówki, zanim przeterminowane wiktuały nie trafią do paszczy wiecznie głodnego małego kucharza i odkrywcy zarazem (innym rozwiązaniem jest nakładanie zamka cyfrowego na zamrażalniku i lodówce).
Kuchnia to nie jedyne pole, gdzie rodzic przy dziecku może się sporo nauczyć. Jeśli do tej pory nie segregował starannie brudnych rzeczy, nie przeglądał zawartości kieszeni czy pralkowego bębna to teraz z pewnością zacznie. Dziecko piorące, a każde chyba lubi we wszystkim naśladować rodziców, z pewnością za którymś razem w pralce zostawi ulubiony budzik taty, krwistoczerwonego, farbującego misia czy chociaż kredkę, długopis lub zwykłą cytrynę.
Umiejętność obsługi przez małolata kosza na śmieci to również wyzwanie dla rodzicielskich nerwów i refleksu w sprawdzaniu co z dóbr rodzinnych tym razem wyląduje na śmietniku, zakwalifikowane przez dwulatka jako śmieć ?
Jakby jednak rodzice stratni nie byli, wizja samodzielnego człowieka, który prędzej czy później opuści dom rodzinny i będzie potrafił samodzielnie egzystować, jest na tyle kusząca, że nie poprzestają w ćwiczeniu potomstwa z podstawowych zasad radzenia sobie w domu. Miejska Mama ma tylko nadzieję, że za te dwadzieścia lat jej przyszła synowa doceni wkład w pomyślność jej małżeństwa.
Ponieważ Miejska Mama tak źle sobie nie życzy, szkolenie Młodego postanowiła rozpocząć możliwie najwcześniej czyli od chwili kiedy zdolności ruchowe dziecka na to pozwalały. Sprzątanie, słanie, wyrzucanie śmieci to pikuś, w porównaniu z karmieniem kota czy asystowaniem przy gotowaniu. Miejska Mama po miesiącach doświadczeń wie już, ze z wprowadzaniem tego poziomu usamodzielniania warto poczekać albo do chwili kiedy refleks matki będzie równy prędkości eksperymentów dziecka, albo do czasu kiedy po wygraniu w Lotto, bogatsza o kilka milionów matka postanowi regularnie wymieniać zastawę stołową oraz zmieniać często aranżacje kuchni.
Mimo tych drobnych niedogodności etap wspólnego zajmowania kuchni należy uznać za bardzo atrakcyjny. Gotujący rodzice zyskują wiele nowych umiejętności. Kucharząc z dzieckiem pod bokiem, które za wszelka cenę tez chce mieszać, siekać i przyprawiać, doświadczony rodzic wie, ile czasu ma na przygotowanie posiłku, zanim trafią do niego obierki z cebuli, skorupki jajek lub ziemia z doniczki z pietruszką. Każdy ratownik przyzna takim ojcom i matkom wyróżnienie za sprawne gaszenie pożaru i wzorową pracę z materiałami łatwopalnymi, jak tłuszcz i dziecko razem wzięte. Dzięki maleńkim, ciekawskim rączkom rodzice będą zmuszeni wzorowo zorganizować swoją kuchnię, a już z pewnością zaczną skrupulatnie przestrzegać terminowego przeglądu lodówki, zanim przeterminowane wiktuały nie trafią do paszczy wiecznie głodnego małego kucharza i odkrywcy zarazem (innym rozwiązaniem jest nakładanie zamka cyfrowego na zamrażalniku i lodówce).
Kuchnia to nie jedyne pole, gdzie rodzic przy dziecku może się sporo nauczyć. Jeśli do tej pory nie segregował starannie brudnych rzeczy, nie przeglądał zawartości kieszeni czy pralkowego bębna to teraz z pewnością zacznie. Dziecko piorące, a każde chyba lubi we wszystkim naśladować rodziców, z pewnością za którymś razem w pralce zostawi ulubiony budzik taty, krwistoczerwonego, farbującego misia czy chociaż kredkę, długopis lub zwykłą cytrynę.
Umiejętność obsługi przez małolata kosza na śmieci to również wyzwanie dla rodzicielskich nerwów i refleksu w sprawdzaniu co z dóbr rodzinnych tym razem wyląduje na śmietniku, zakwalifikowane przez dwulatka jako śmieć ?
Jakby jednak rodzice stratni nie byli, wizja samodzielnego człowieka, który prędzej czy później opuści dom rodzinny i będzie potrafił samodzielnie egzystować, jest na tyle kusząca, że nie poprzestają w ćwiczeniu potomstwa z podstawowych zasad radzenia sobie w domu. Miejska Mama ma tylko nadzieję, że za te dwadzieścia lat jej przyszła synowa doceni wkład w pomyślność jej małżeństwa.
22 lutego 2011
W ogniu walk
Że w bólach rodzić będą, miały obiecane od samego początku. Kwestia przystosowania i nastawienia. Zresztą, w dobie postępu medycyny i ofert prywatnych klinik ten mankament życiowy można pominąć przy odpowiednim zasobie portfela. Ale, że w bólach wychowywać będą, tego w umowie nie było! A nawet jeśli, to drobnym druczkiem. I to przewrotnie – bo rodzisz babo przez dobę, dwie, no trzy, a gada na swym łonie karmisz, przewijasz...latami. A najgorsze są diabelskie progi, które u Miejskiej Mamy zaczęły się zgodnie z kalendarzem, tuż po drugich urodzinach Młodego.
Widać synek naczytał się mądrych książek o kryzysie dwulatka i raczył mamusię, zawsze przecież chłonną doświadczeń, odpowiednio DOŚWIADCZYĆ. W pakiecie oferuje trzy, cztery razy dziennie histerie, takie porządne, z rzucaniem się na ziemię, tarzaniem w zasmarkanych i łzawych kałużach i szlochaniem – NIENIENIENIENIEEEEEEE. Czasami wiadomo o co dwulatkowi chodzi. Problemem może być źle postawiona miseczka z zielonym groszkiem, co to Młody zamierzał go pożreć, albo zbyt powolne zagotowanie tego groszku, dramatyczne braki w zaopatrzeniu, kiedy ostatnia mandarynka ginie w paszczy syneczka, lampa włączona albo wyłączona w nieodpowiedniej chwili, zbyt wolne ubieranie się na spacer, albo zbyt pospieszne rozbieranie po powrocie. Gorzej, jeśli problemu Miejska Mama nie zna, bo nawet odnieść się nie może, a niestety gwałtowny rozwój emocjonalny nie idzie w parze z rozwojem nauki języka ojczystego. Więc drze się Młody i gania po mieszkaniu, ciąga, rzuca się, domaga – tylko czego? Czasem sam się zagubi w rozszalałych emocjach i nie wie biedaczek, o co się wścieka. Aż przykro patrzeć.
Oczywiście, mając w domu młodego człowieka z tymczasowym rozchwianiem emocjonalnym, można zwariować. Można oczywiście wątpić w własne kompetencje wychowawcze, podważać sens życia, rozpaczać, bić się w piersi, obwiniać partnera, uciekać z domu, obwiniać dziecko i tak dalej. Kryzys dwulatka niestety dosięga wielu rodziców, więc spectrum możliwych reakcji jest szerokie, aż do patologii przemocy. Miejska Mama wątpiła, szukała winy w sobie, w tzw. sytuacji, i pewnie nie jedno potkniecie jej się jeszcze zdarzy, bo Młody awanturniczy tryb życia dopiero rozpoczął, więc wszystko przed nim. Ale na szczęście Miejska Mama ma silną broń, która nie pozwoli jej przegrać tej bitwy, przynajmniej na razie: poczucie humoru. Bo jak tu się nie śmiać, kiedy Młody kolejny raz przerabia życie na farsę, jak nie zrywać boków ze śmiechu na fukania, gonienia, fochy kilkuletniego brzdąca. Więc się Miejska Mama śmieje, po cichu, żeby syn nie zobaczył. Choć czasem śmiech przechodzi i w łzy, i długie rodziców debatowanie. Pocieszające jest że nad Miejską Mamą jej własna matka, też debatowała. Dlatego, zamiast się załamywać: rodzice dwulatków – łączcie się! To kiedyś musi się skończyć. A potem przyjdą kolejne przełomy...Rodzicielstwo to wspaniała przygoda. A nigdzie charaktery się tak dobrze nie hartują jak na polu walki. Do bojuuuuuuu!
Widać synek naczytał się mądrych książek o kryzysie dwulatka i raczył mamusię, zawsze przecież chłonną doświadczeń, odpowiednio DOŚWIADCZYĆ. W pakiecie oferuje trzy, cztery razy dziennie histerie, takie porządne, z rzucaniem się na ziemię, tarzaniem w zasmarkanych i łzawych kałużach i szlochaniem – NIENIENIENIENIEEEEEEE. Czasami wiadomo o co dwulatkowi chodzi. Problemem może być źle postawiona miseczka z zielonym groszkiem, co to Młody zamierzał go pożreć, albo zbyt powolne zagotowanie tego groszku, dramatyczne braki w zaopatrzeniu, kiedy ostatnia mandarynka ginie w paszczy syneczka, lampa włączona albo wyłączona w nieodpowiedniej chwili, zbyt wolne ubieranie się na spacer, albo zbyt pospieszne rozbieranie po powrocie. Gorzej, jeśli problemu Miejska Mama nie zna, bo nawet odnieść się nie może, a niestety gwałtowny rozwój emocjonalny nie idzie w parze z rozwojem nauki języka ojczystego. Więc drze się Młody i gania po mieszkaniu, ciąga, rzuca się, domaga – tylko czego? Czasem sam się zagubi w rozszalałych emocjach i nie wie biedaczek, o co się wścieka. Aż przykro patrzeć.
Oczywiście, mając w domu młodego człowieka z tymczasowym rozchwianiem emocjonalnym, można zwariować. Można oczywiście wątpić w własne kompetencje wychowawcze, podważać sens życia, rozpaczać, bić się w piersi, obwiniać partnera, uciekać z domu, obwiniać dziecko i tak dalej. Kryzys dwulatka niestety dosięga wielu rodziców, więc spectrum możliwych reakcji jest szerokie, aż do patologii przemocy. Miejska Mama wątpiła, szukała winy w sobie, w tzw. sytuacji, i pewnie nie jedno potkniecie jej się jeszcze zdarzy, bo Młody awanturniczy tryb życia dopiero rozpoczął, więc wszystko przed nim. Ale na szczęście Miejska Mama ma silną broń, która nie pozwoli jej przegrać tej bitwy, przynajmniej na razie: poczucie humoru. Bo jak tu się nie śmiać, kiedy Młody kolejny raz przerabia życie na farsę, jak nie zrywać boków ze śmiechu na fukania, gonienia, fochy kilkuletniego brzdąca. Więc się Miejska Mama śmieje, po cichu, żeby syn nie zobaczył. Choć czasem śmiech przechodzi i w łzy, i długie rodziców debatowanie. Pocieszające jest że nad Miejską Mamą jej własna matka, też debatowała. Dlatego, zamiast się załamywać: rodzice dwulatków – łączcie się! To kiedyś musi się skończyć. A potem przyjdą kolejne przełomy...Rodzicielstwo to wspaniała przygoda. A nigdzie charaktery się tak dobrze nie hartują jak na polu walki. Do bojuuuuuuu!
19 lutego 2011
Zima trzyma
Jest taki moment w ciągu roku, kiedy ludziom chce się wyć. Dawno już minęła radość z pierwszego śniegu i marzenia o białych Świętach. Teraz żyć się odechciewa, gdy ranek w ranek zza okna widać połacie niekończącego się śniegu, który mimo ewidentnie wydłużającego się dnia, odbiera ochotę na szaleństwa na dworze. Gdyby to jeszcze urlop był, taki z nartami, kuligiem, w białym puchu i grzańcem wieczorem ale monotonna codzienność w monotonnej bieli niejednemu zepsuła już humor.
Rodzice zmęczenie bladością zimy odczuwają w dwójnasób. Raz – jako osobiste doznania w postaci przemoczonych butów, zmarzniętych rąk, irytującego odśnieżania samochodu, i noszenia kilogramów odzieży. Dwa – dzieci, które też mają powoli dość. No bo kiedy śniegu tyle co kot na płakał, że na sanki nie starczy, a place zabaw pozamarzane nie dziwne, że młody człowiek może się nudzić. Każdy spacer może zmienić się w koszmar, kiedy poprzedzić go wbijaniem w ortalionowy skafander ograniczający ruchy. A jak dołożyć do tego jeszcze szalejące zarazy, które ścinają seriami rodziców z dziećmi, więżą bezlitośnie w domach tygodniami i energie życiową wysysają zrozumiałym jest czemu zima wydaje ciągnąć się w nieskończoność.
Wiosny, wiosny nam trzeba, albo przynajmniej ekwiwalentu w postaci dwutygodniowego pobytu gdzieś bliżej równika, wśród kwiatów, owoców, śpiewu ptaku i szumu fal. Tyle, że wokół kryzys, rewolucje, i codzienne zobowiązania. Ale pomarzyć można.
Rodzice zmęczenie bladością zimy odczuwają w dwójnasób. Raz – jako osobiste doznania w postaci przemoczonych butów, zmarzniętych rąk, irytującego odśnieżania samochodu, i noszenia kilogramów odzieży. Dwa – dzieci, które też mają powoli dość. No bo kiedy śniegu tyle co kot na płakał, że na sanki nie starczy, a place zabaw pozamarzane nie dziwne, że młody człowiek może się nudzić. Każdy spacer może zmienić się w koszmar, kiedy poprzedzić go wbijaniem w ortalionowy skafander ograniczający ruchy. A jak dołożyć do tego jeszcze szalejące zarazy, które ścinają seriami rodziców z dziećmi, więżą bezlitośnie w domach tygodniami i energie życiową wysysają zrozumiałym jest czemu zima wydaje ciągnąć się w nieskończoność.
Wiosny, wiosny nam trzeba, albo przynajmniej ekwiwalentu w postaci dwutygodniowego pobytu gdzieś bliżej równika, wśród kwiatów, owoców, śpiewu ptaku i szumu fal. Tyle, że wokół kryzys, rewolucje, i codzienne zobowiązania. Ale pomarzyć można.
15 lutego 2011
Nieuniknione porównania
Nie można dwa razy być pierworódką. Ten pierwszy raz, pierwszy krzyk, pierwsze emocje towarzyszące widokowi bijącego serduszka na ekranie ultrasonografu są nie do powtórzenia. Trochę to smutne, ale taka jest rzeczywistość. Przynajmniej ta oglądana przez Miejską Mamę.
Kiedy Młody miał się pojawić na świecie wszystko było nowe, odświętne, wyjątkowe w skali całego globu. Teraz, kiedy Miejska Mama po raz drugi przerabia „projekt dziecko”, większość rzeczy jest znana, przewidywalna, oczywista. Nie, żeby nie było niespodzianek, bo jak się okazuje ciąża ciąży jest nierówna (lub jak mówi pewien rodzinny lekarz – każda jest jedyna w swoim rodzaju), i ta przydzielona Miejskiej Mamie jest, w odróżnieniu od pierwszej, all inclusive. Czyli masz babo wszystko, co stereotypowo może się z ciążą kojarzyć, żeby Ci nudno nie było. Dlatego Miejskiej Mamy jest nieco mniej ostatnio w sieci...
Targana wyrzutami sumienia w stosunku do rosnącego w brzuchu rodzeństwa Młodego Miejska Mama wypytywała wszystkie znane matki-recydywistki o odczucia przy kolejnych ciążach.
Wyniki pospiesznej ankiety okazały się być tyleż rozgrzeszające co smutne: model drugi, trzeci, kolejny zawsze produkowany jest w cieniu starszego rodzeństwa, od życia płodowego zmuszany do dzielenia się matką, uczony od pierwszych dni bolesnych kompromisów. Pomijając sytuacje ekstremalne wiążące się z walką o życie nienarodzonego dziecka, to, co w pierwszej ciąży było niemożliwe, wykluczone okazuje się być wykonalne, a cała otoczka konsumpcyjna jest niepotrzebna, raz – z powodu posiadania większości rzeczy okołodziecięcych, dwa – z bolesnej świadomości co naprawdę jest potrzebne, co się liczy i ile pieniędzy zostało głupio wydanych za pierwszym razem. Nawet lekarze przy kolejnej ciąży są mniej wymagający. Cóż, człowiek uczy się na błędach...
Kiedy Młody miał się pojawić na świecie wszystko było nowe, odświętne, wyjątkowe w skali całego globu. Teraz, kiedy Miejska Mama po raz drugi przerabia „projekt dziecko”, większość rzeczy jest znana, przewidywalna, oczywista. Nie, żeby nie było niespodzianek, bo jak się okazuje ciąża ciąży jest nierówna (lub jak mówi pewien rodzinny lekarz – każda jest jedyna w swoim rodzaju), i ta przydzielona Miejskiej Mamie jest, w odróżnieniu od pierwszej, all inclusive. Czyli masz babo wszystko, co stereotypowo może się z ciążą kojarzyć, żeby Ci nudno nie było. Dlatego Miejskiej Mamy jest nieco mniej ostatnio w sieci...
Targana wyrzutami sumienia w stosunku do rosnącego w brzuchu rodzeństwa Młodego Miejska Mama wypytywała wszystkie znane matki-recydywistki o odczucia przy kolejnych ciążach.
Wyniki pospiesznej ankiety okazały się być tyleż rozgrzeszające co smutne: model drugi, trzeci, kolejny zawsze produkowany jest w cieniu starszego rodzeństwa, od życia płodowego zmuszany do dzielenia się matką, uczony od pierwszych dni bolesnych kompromisów. Pomijając sytuacje ekstremalne wiążące się z walką o życie nienarodzonego dziecka, to, co w pierwszej ciąży było niemożliwe, wykluczone okazuje się być wykonalne, a cała otoczka konsumpcyjna jest niepotrzebna, raz – z powodu posiadania większości rzeczy okołodziecięcych, dwa – z bolesnej świadomości co naprawdę jest potrzebne, co się liczy i ile pieniędzy zostało głupio wydanych za pierwszym razem. Nawet lekarze przy kolejnej ciąży są mniej wymagający. Cóż, człowiek uczy się na błędach...
31 stycznia 2011
Ojcowskie wzloty i upadki
Liczba planowanych dzieci maleje liniowo do liczby już posiadanych – mówią doświadczeni rodzice. Po urodzeniu pierwszego kobiety dostają skrzydeł i jak już się pogoją i zapomną jak to było, zaczynają snuć wizje licznej rodziny. Przechodzi im zwykle po pół roku obowiązkowej odsiadki w domu, ale wtedy świrują ojcowie, którzy właśnie dorośli do idei ojcostwa. Wiadomo – im dziecko większe tym fajniejsze, tak do półtora roku. A potem, jak mawia Siostra Miejskiej Mamy, matka-recydywistka, kochane maleństwa powinno się hibernować na jakieś najmniej kolejne półtora roku.
Ze względu na nadal panujący typ rodziny tradycyjnej ojcowie często nie podzielają zdania swoich żon. ICH dzieci są cudowne i kochane przez całe dwa dni w tygodniu plus wakacje. W zaślepieniu miłością do pierworodnego tatusiowie mamią swoje partnerki obietnicami gór złota, wakacji co drugi miesiąc i ojcowskich dyżurów, żeby tylko zdecydowały się na kolejna ciążę. Poza tym, wiadomo, okres pracy nad dzieckiem jest jednym z najbardziej przyjemnych, jakby nie było.
Rozsądek dogania ojców po fakcie. W obliczu zdeformowanej partnerki i szału hormonów weekendowym tatusiom nieco blednie mina. Zaczynają wracać wspomnienia, a tu dom trzeba wyremontować, na to kolejne, co ma przyjść na świat. Ledwo się rodzina otrząsnęła z pierworodnego drenażu domowych finansów, a już rosną wydatki na witaminy, odżywki, i inne ciążowe przyjemności. A po dziewięciu miesiącach – bach! I oprócz roszczeń pierworodnego o czas i energię rodziców walczy również jego rodzeństwo.
Jak wynika z przeprowadzonego przez Miejską Mamę wywiadu środowiskowego niejeden idealny tata, który dzielnie sprostał wyzwaniom rodzicielstwa za pierwszym razem, za drugim ma z tym spore problemy. A szkoda.
ps. Do wszystkich, a przede wszystkim ojców: Miejska Mama zdaje sobie sprawę, że to uogólnienie i osobiście zna wyjątki, ale statystyki są jakie są.
Ze względu na nadal panujący typ rodziny tradycyjnej ojcowie często nie podzielają zdania swoich żon. ICH dzieci są cudowne i kochane przez całe dwa dni w tygodniu plus wakacje. W zaślepieniu miłością do pierworodnego tatusiowie mamią swoje partnerki obietnicami gór złota, wakacji co drugi miesiąc i ojcowskich dyżurów, żeby tylko zdecydowały się na kolejna ciążę. Poza tym, wiadomo, okres pracy nad dzieckiem jest jednym z najbardziej przyjemnych, jakby nie było.
Rozsądek dogania ojców po fakcie. W obliczu zdeformowanej partnerki i szału hormonów weekendowym tatusiom nieco blednie mina. Zaczynają wracać wspomnienia, a tu dom trzeba wyremontować, na to kolejne, co ma przyjść na świat. Ledwo się rodzina otrząsnęła z pierworodnego drenażu domowych finansów, a już rosną wydatki na witaminy, odżywki, i inne ciążowe przyjemności. A po dziewięciu miesiącach – bach! I oprócz roszczeń pierworodnego o czas i energię rodziców walczy również jego rodzeństwo.
Jak wynika z przeprowadzonego przez Miejską Mamę wywiadu środowiskowego niejeden idealny tata, który dzielnie sprostał wyzwaniom rodzicielstwa za pierwszym razem, za drugim ma z tym spore problemy. A szkoda.
ps. Do wszystkich, a przede wszystkim ojców: Miejska Mama zdaje sobie sprawę, że to uogólnienie i osobiście zna wyjątki, ale statystyki są jakie są.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
